W długiej, bujnej brodzie starca chowają się i baraszkują liczne stworzonka. To chyba najtrafniejsza charakterystyka Noego.
Zuzanna Orlińska dotyka bardzo ważnego problemu, stary Noe staje przed poważnym dylematem. Autorka buduje napięcie cegiełka po cegiełce. Choć na początku nie mamy wątpliwości, co do słuszności działań Noego, z czasem zaczynamy rozumieć stanowisko Pana, jego niezadowolenie z postępowania Noego, tego który zawsze był wobec niego posłuszny. Historia prowokuje do pytań o granice posłuszeństwa. Czy należy bezwzględnie być posłusznym osobie z większym doświadczeniem, choć serce podpowiada coś innego?
Przyznam, że mam kłopot z tą książką. Zachwyca mnie do momentu zakończenia, które choć pewnie piękne i romantyczne, dające nadzieję i wiarę, mnie złości. Przyznam, że długo nosiłam się z zamiarem napisania o tej książce. Trochę pewnie z lęku, bo czytałam kilka recenzji i nie spotkałam się z krytycznymi uwagami na jej temat. Ale, co tam. Raz kozie śmierć.
Czytając zakończenie mam ochotę zawołać: DLACZEGO!!! Dlaczego kiedy dotykamy jądra problemu, kiedy razem z bohaterem stajemy oko w oko z konfliktem moralnym, w którym nie ma idealnego rozwiązania, który w mniejszym lub większym stopniu przewija się przez nasze życie, autorka zaciąga zasłonę iluzji? Dlaczego odciąga nasz wzrok od tego palącego konfliktu wewnętrznego? Dlaczego nie pozostawia czytelnikowi miejsca na zmierzenie się z nim? Dlaczego rzuca cukierkowe, jakoś to będzie? Dlaczego Bóg, noszący w opowiadaniu imię Pana, pomaga Noemu? Z jednej strony czyni to postać Pana wielowymiarową, niejednoznaczną, surową, ale pełną miłosierdzia i dobroduszności. Bóg nagina swoje postanowienia widząc niezłomną postawę staruszka. Jednak spójrzmy na to z innej perspektywy. Jeśli np. wydamy zbyt dużo na pomaganie potrzebującym, nie wystarczy na zapłacenie raty kredytu za mieszkanie, nie będzie na jedzenie dla naszych dzieci. Czy Pan wtedy pomnoży to, co mamy na koncie? Przykład zbyt daleko idący? Być może. Sama historia Noego jest ekstremalna. Autorka nakreśliła bardzo wyraźnie konflikt wewnętrzny, na który bohater ma jedną odpowiedź. Naraża życie nie tylko swoje, ale wszystkich, którzy są na arce, a za których jest odpowiedzialny. A gdyby tak zakończyć w tym miejscu, albo zrobić przerwę w czytaniu i zadać sobie pytania: co ja bym zrobił/-a? czy jestem odpowiedzialny/-a za innych i gdzie jest granica tej odpowiedzialności? czy mam prawo troszczyć się o siebie? czy mam prawo odmówić komuś pomocy, jeśli wiem, że dla mnie konsekwencje będą bardzo bolesne i trudne? Czy to jest ok, że idę do kina, a ktoś inny nie ma, co jeść? W życiu bardzo trudno jest znaleźć odpowiedź tak szybko i bez wątpliwości, jak w przypadku Noego. I w dodatku uniknąć konsekwencji. W moim odczuciu zakończenie przyciemnia te pytania. Kiedy kołacze nam się po głowie: co powinien zrobić Noe i nie wiemy, co mu podpowiedzieć, bo żadne rozwiązanie nie jest dobre, autorka rzuca szybko: nie martwcie się, wszystko będzie dobrze. Uff! Nie musimy się nad tym zastanawiać. Dobrze, że udało nam się zrzucić ten ciężar.
A może stanowiłoby to punkt wyjścia do znalezienia rozwiązania, jak ratować kolejnych rozbitków, a jednocześnie nie narażać pasażerów arki na niebezpieczeństwo.
Nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto sięgać po tą książkę. Uważam, że warto. W moim odczuciu jest to jedna z ważniejszych pozycji, poruszająca sprawy, które nie są czarno-białe, na które trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź: Czy zawsze trzeba być posłusznym? Czy można się sprzeciwić, kiedy nasze serce, czy sumienie podpowiada nam coś innego niż oczekuje od nas przełożony? Czy mogę odmówić komuś pomocy, aby zatroszczyć się o siebie i swoich bliskich? Czy jeśli tak zrobię, to znaczy, że jestem zła, albo, że postąpiłam źle?
Świat wykreowany przez Orlińską jest, jak dla mnie, zbyt wyidealizowany, przy tak palącym pytaniu, na które w rzeczywistości nie ma idealnej odpowiedzi.
Książka rodzi pytania i to dla mnie stanowi największą wartość.
Stary Noe
Tekst i ilustracje: Zuzanna Orlińska
Wydawnictwo Literatura, Łódź, 2015
Nagroda: Książka Roku 2015 IBBY
"Na wybrzeżach bezkresnych światów spotykają się dzieci." "[Dziecko] Ty robisz sobie cudowną zabawę ze wszystkiego, co znajdziesz." Rabindranath Tagore
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 marca 2016
niedziela, 14 lutego 2016
Spotkanie - koncert Ani Brody
Koniec ferii, więc od jutra pewnie będzie nam towarzyszyć: Szybko zbudź się, szybko wstawaj...
To tekst jednej z piosenek Ani Brody. Dziś umilaliśmy sobie ostatnie chwile wolnego, właśnie na jej koncercie, który odbył się w Tarabuku.
Koncert był kameralny, w kawiarni. Dzieci siedziały na dywanie i na poduszkach. Zanim się rozpoczął, byliśmy świadkami strojenia instrumentu. Chwila pomiędzy przedstawieniem, a prywatnością - moment przejścia.
Dowiedzieliśmy się kilka rzeczy o cymbałach. Pochodzą z Persji i zostały wymyślone przez matematyków. Początkowo grano na nich długimi piórami, dziś używa się do tego pałeczek (które przypominają np. okulary, albo wąsy, mogą też być rogami, albo anielskimi skrzydłami...). Cymbały mają bardzo dużo strun, a każda z nich wydaje dwa dźwięki.
Między sceną, a widownią trwał nieprzerwany dialog. Dzieci współuczestniczyły w tworzeniu koncertu, co tworzyło atmosferę spotkania połączonego z wymianą darów. Jestem pod wielkim wrażeniem uważności, wrażliwości, kreatywności Ani Brody, która to dawała się ponieść muzyce, to szefowała grupie ruchliwych dzieciaków, czujna na sygnały od nich płynące. Na scenie leżała tajemnicza walizka, przywieziona przez artystkę specjalnie na to spotkanie. Niestety, okazało się, że kluczyk do niej został u Ani Brody w domu na stoliku. I co teraz? Z pomocą przyszły dzieci, które przecież znają mnóstwo magicznych zaklęć. I udało się ją otworzyć! A w środku... instrumenty: tamburyny, grzechotki, dzwonki, gong, kalimba, trójkąty. Zaśmiały się dziecięce oczy, a rączki wyciągnęły po te niezwykłe przedmioty wydajęce dźwięki. Na koniec każdy (kto chciał) mógł spróbować, jak się gra na cymbałach. Lulu (lat dwa) był bardzo podekscytowany, to w ogóle taki typ wrażliwy na muzykę. Ania Broda ułożyła mu paluszki na pałeczkach i grał niczym profesjonalista ;-). Kiedy inni próbowali, stał przy instrumencie i paluszkami przebierał po strunach. Tymianek też był bardzo przejęty i opowiadał przez pół dnia, jak to grał na cymbałach. Dla dzieciaków to niezwykle ważne, że mogą dotknąć instrumentów, sprawdzić, jak działają.
***
Chłopaki siedzieli razem, ja kawałek za nimi na fotelu. Lulu przysuwał się do Tymianka, siadał mu na kolanach, czasem przybiegał do mnie sprawdzić, czy jestem, przytulał się do starszego brata. To jeden obraz ich braterskiej miłości, zdecydowanie bardziej przyjemny dla matczynego oka.
Kończę już, bo rano rzeczywiście może być dramat ze wstawaniem... ;-)
To tekst jednej z piosenek Ani Brody. Dziś umilaliśmy sobie ostatnie chwile wolnego, właśnie na jej koncercie, który odbył się w Tarabuku.
![]() |
| Źródło |
Dowiedzieliśmy się kilka rzeczy o cymbałach. Pochodzą z Persji i zostały wymyślone przez matematyków. Początkowo grano na nich długimi piórami, dziś używa się do tego pałeczek (które przypominają np. okulary, albo wąsy, mogą też być rogami, albo anielskimi skrzydłami...). Cymbały mają bardzo dużo strun, a każda z nich wydaje dwa dźwięki.
Między sceną, a widownią trwał nieprzerwany dialog. Dzieci współuczestniczyły w tworzeniu koncertu, co tworzyło atmosferę spotkania połączonego z wymianą darów. Jestem pod wielkim wrażeniem uważności, wrażliwości, kreatywności Ani Brody, która to dawała się ponieść muzyce, to szefowała grupie ruchliwych dzieciaków, czujna na sygnały od nich płynące. Na scenie leżała tajemnicza walizka, przywieziona przez artystkę specjalnie na to spotkanie. Niestety, okazało się, że kluczyk do niej został u Ani Brody w domu na stoliku. I co teraz? Z pomocą przyszły dzieci, które przecież znają mnóstwo magicznych zaklęć. I udało się ją otworzyć! A w środku... instrumenty: tamburyny, grzechotki, dzwonki, gong, kalimba, trójkąty. Zaśmiały się dziecięce oczy, a rączki wyciągnęły po te niezwykłe przedmioty wydajęce dźwięki. Na koniec każdy (kto chciał) mógł spróbować, jak się gra na cymbałach. Lulu (lat dwa) był bardzo podekscytowany, to w ogóle taki typ wrażliwy na muzykę. Ania Broda ułożyła mu paluszki na pałeczkach i grał niczym profesjonalista ;-). Kiedy inni próbowali, stał przy instrumencie i paluszkami przebierał po strunach. Tymianek też był bardzo przejęty i opowiadał przez pół dnia, jak to grał na cymbałach. Dla dzieciaków to niezwykle ważne, że mogą dotknąć instrumentów, sprawdzić, jak działają.
***
Chłopaki siedzieli razem, ja kawałek za nimi na fotelu. Lulu przysuwał się do Tymianka, siadał mu na kolanach, czasem przybiegał do mnie sprawdzić, czy jestem, przytulał się do starszego brata. To jeden obraz ich braterskiej miłości, zdecydowanie bardziej przyjemny dla matczynego oka.
Kończę już, bo rano rzeczywiście może być dramat ze wstawaniem... ;-)
piątek, 24 lipca 2015
"Ungarded Moments" - z dziećmi w galerii
Mnisi z klasztoru Shaolin, dziewczynka stojąca w wodzie po pachy przy płocie, lokomotywa i Taj Mahal, rybacy na szczudłach - zatrzymane momenty na fotografiach Steve'a MacCurry. Te najbardziej widowiskowe zapadły w pamięci Tymianka. Ale od początku...
W składzie Tymianek (lat 6), Perełkiś (lat 1,5) i ja wybraliśmy się na wystawę "Ungarded Moments" . Jechałam z duszą na ramieniu. Spodziewałam się, że po pięciu minutach jeden, albo drugi w niewybredny sposób da do zrozumienia, że czas już wracać. Ale nie, obaj byli bardzo zainteresowani każdym zdjęciem. Tymianek prosił, aby czytać mu podpisy umieszczone obok fotografii. Wyrazistość obrazu, twarze ludzi przykuły uwagę Perełkisia. Zakochałam się. Niektóre zdjęcia widziałam już wcześniej w internecie, jednak możliwość zobaczenia ich w pełnej okazałości sprawia niesamowite wrażenie.
To doświadczenie pokazało mi, że warto zabierać dzieci również na wydarzenia, które nie są do nich bezpośrednio adresowane. Możliwość obcowania ze sztuką jest bezcenna. Zdobycie kolejnego doświadczenia, bycia w galerii. Zawieszone na białych ścianach fotografie i panująca dookoła cisza sprawiają, że czas na chwile się zatrzymuje, jak na zdjęciach. Jesteśmy w przestrzeni, gdzie spotykają się różne czasy, przecinają różne momenty, współistnieją w bezczasie tej chwili, kiedy nie pędzimy z nurtem miasta, z rytmem codzienności. Cudowne uczucie, kiedy ze swoimi dziećmi mogę doświadczać tego zatrzymania, kiedy powodem zachwytu jest ten sam obiekt, a nie zdarza się to często. Ponad dwudziestoletnia różnica wieku zaciera się w obliczu doświadczenia, oczarowania, przeżywanego w inny sposób, ale wywołanego tym samym zdarzeniem - uchwyconym momentem, działającym bezruchem.
Do domu wróciliśmy ze zdobyczą - plakatem z powyższym zdjęciem.
![]() |
| Źródło |
W składzie Tymianek (lat 6), Perełkiś (lat 1,5) i ja wybraliśmy się na wystawę "Ungarded Moments" . Jechałam z duszą na ramieniu. Spodziewałam się, że po pięciu minutach jeden, albo drugi w niewybredny sposób da do zrozumienia, że czas już wracać. Ale nie, obaj byli bardzo zainteresowani każdym zdjęciem. Tymianek prosił, aby czytać mu podpisy umieszczone obok fotografii. Wyrazistość obrazu, twarze ludzi przykuły uwagę Perełkisia. Zakochałam się. Niektóre zdjęcia widziałam już wcześniej w internecie, jednak możliwość zobaczenia ich w pełnej okazałości sprawia niesamowite wrażenie.
To doświadczenie pokazało mi, że warto zabierać dzieci również na wydarzenia, które nie są do nich bezpośrednio adresowane. Możliwość obcowania ze sztuką jest bezcenna. Zdobycie kolejnego doświadczenia, bycia w galerii. Zawieszone na białych ścianach fotografie i panująca dookoła cisza sprawiają, że czas na chwile się zatrzymuje, jak na zdjęciach. Jesteśmy w przestrzeni, gdzie spotykają się różne czasy, przecinają różne momenty, współistnieją w bezczasie tej chwili, kiedy nie pędzimy z nurtem miasta, z rytmem codzienności. Cudowne uczucie, kiedy ze swoimi dziećmi mogę doświadczać tego zatrzymania, kiedy powodem zachwytu jest ten sam obiekt, a nie zdarza się to często. Ponad dwudziestoletnia różnica wieku zaciera się w obliczu doświadczenia, oczarowania, przeżywanego w inny sposób, ale wywołanego tym samym zdarzeniem - uchwyconym momentem, działającym bezruchem.
Do domu wróciliśmy ze zdobyczą - plakatem z powyższym zdjęciem.
wtorek, 9 czerwca 2015
Myśli kilka - Ronja, córka zbójnika
Ostatnio nasze serca podbiła Ronja, córka zbójnika Astrid Lindgren i to na równi z Ninja Go. I z cięzkim sercem muszę to przyznać, że moje dziecię, które założyłam sobie wychowywać w kulturze wysokiej, pała ogromną miłością do walecznych figurek lego i wszystkiego, co się z nimi wiąże. A tfu!
Okazało się jednak, że także klasyka ma w swych zasobach perełki, zdolne zauroczyć sześciolatka o najbardziej wysublimowanym guście. Ronja i Birk zagościli w swobodnych zabawach Tymianka, zostali nawet przedstawieni koleżankom i kolegom w przedszkolu.
Z okazji Dnia Dziecka w Kinie Muranów odbywał się przegląd filmów z bohaterami Astrid Lindgren, a wśród nich... Ronja...
Tymiankowi film bardzo się podobał, przez całe dwie godziny projekcji siedział przejęty i wpatrzony w obraz. Ciekawe doświadczenie skonfrontowania własnego wyobrażenia bohaterów z wyobrażeniem kogoś innego. Rozdźwięk między nimi był dość niewielki, film wiernie przedstawia wydarzenia z książki. Realizacja ekranizacji utrzymana jest w konwencji, postacie zbójców rysowane są grubą krechą, są groteskowe, a jednocześnie wiarygodne. W zamku Matisa dużo jest rubasznego śmiechu i zabawy, zbójcy lubią sobie potańczyć i zaśpiewać pieśni polifoniczne, co stanowi ważny element tworzący świat zbójców. Postacie Ronji i Birka zostały skonstruowane w opozycji do pozostałych, są naturalne i realistyczne, co po części pewnie jest spowodowane wiekiem i brakiem doświadczenia młodych aktorów. Z drugiej strony dodatkowo uwypukla rozdźwięk pomiędzy młodszym pokoleniem, a starszym. Młodzi nie chcą rabować, chcą żyć inaczej, zapowiadają nowy porządek, który nastanie wraz ze śmiercią obecnych hersztów.
Film został nakręcony w 1984 roku, kiedy to jeszcze nie było takich efektów specjalnych, jakimi dysponują obecni twórcy. I przyznam, że obawiałam się trochę, czy oglądając ten film dziś, baśniowe postacie Szaruchów, Pupiszonków i Wietrzydeł nie będą razić. Wpisują się jednak w konwencję filmu, tworząc spójny obraz. Urzekły mnie Wietrzydła (groźne i piękne) - kobiety o pomalowanych na biało twarzach i klatkach piersiowych, ze lśniącymi czarnymi piórami.
Widać wyraźny podział na świat męski i kobiecy, oba silne, uzupełniające się i współgrające harmonijnie. Lovis, silna, dzika kobieta, matka Ronji, partnerka (choć słowo to raczej kiepsko pasuje do rzeczywistości przedstawionej, według mnie dobrze oddaje relacje pomiędzy rodzicami dziewczynki) Matisa, herszta. Jej autorytet wśród zbójców jest ogromny, kiedy każe im się umyć na śniegu, nikt się jej nie sprzeciwia, choć każdy psioczy pod nosem. Scena kąpiących się na śniegu, fikających i majtających w górze nogami rabusiów, nagich, jak ich Pan Bóg stworzył jest komiczna i pozbawiona pruderii, kadrowana z daleka, prezentująca zbójców w całej okazałości. Czyści i pachnący nie mogli założyć brudnych swych ciuchów, więc przebrali się w zrabowane stroje, sęk w tym, że nie dla wszystkich wystarczyło męskich, niektórzy musieli zadowolić się damskimi, niczym w teatrze elżbietańskim. I to ta scena, śpiewających zbójców w damskich fatałaszkach, najbardziej chyba spodobała się Tymiankowi.
Warta jest podkreślenia relacja Ronji i Birka, która zarówno w książce, jak i w filmie wolna jest od podtekstów seksualnych, fascynacji płcią przeciwną. I choć dorośli przeczuwają, jaki finał będzie tej relacji, opiera się ona na czystej przyjaźni, na siostrzano-braterskiej więzi. I nawet, kiedy leżą nadzy, objęci na trawie susząc się po kąpieli, obraz promieniuje niewinnością. Jako rodzic myślę, że to niezwykle ważne, aby w opozycji do tego, czym karmi nas współczesna telewizja, pokazywać dzieciom wzorce przyjaźni niewinnej i głębokiej.
Film aż kipi od obrazów przyrody, pięknej i potężnej. Po wyjściu z kina ma się ochotę wydać krzyk, jak Ronja witając wiosnę.
Jedynym minusem według mnie jest długość filmu - dwie godziny. W pewnym momencie czułam już znużenie, a i Tymianek wiercił się nieznośnie. Nie czułam też dynamizmu akcji i napięcia, ale mogło to być spowodowane tym, że jesteśmy na świeżo po lekturze.
Filmy wywołał też u mnie smutną refleksję, jak wiele odbieramy dzieciom ograniczając ich poprzez nieustanną kontrolę, lęki, zabieganie o bezpieczeństwo. I nie chodzi mi o to, aby zrezygnować z dbania o bezpieczeństwo naszych pociech, ale raczej o zastanowienie się, czy są jakieś obszary, w których mogę przekazać dziecku większą odpowiedzialność za siebie, z których mogę się wycofać, aby moje dziecko mogło uczyć się samodzielności.
![]() |
| Źródło |
Z okazji Dnia Dziecka w Kinie Muranów odbywał się przegląd filmów z bohaterami Astrid Lindgren, a wśród nich... Ronja...
![]() |
| Źródło |
Tymiankowi film bardzo się podobał, przez całe dwie godziny projekcji siedział przejęty i wpatrzony w obraz. Ciekawe doświadczenie skonfrontowania własnego wyobrażenia bohaterów z wyobrażeniem kogoś innego. Rozdźwięk między nimi był dość niewielki, film wiernie przedstawia wydarzenia z książki. Realizacja ekranizacji utrzymana jest w konwencji, postacie zbójców rysowane są grubą krechą, są groteskowe, a jednocześnie wiarygodne. W zamku Matisa dużo jest rubasznego śmiechu i zabawy, zbójcy lubią sobie potańczyć i zaśpiewać pieśni polifoniczne, co stanowi ważny element tworzący świat zbójców. Postacie Ronji i Birka zostały skonstruowane w opozycji do pozostałych, są naturalne i realistyczne, co po części pewnie jest spowodowane wiekiem i brakiem doświadczenia młodych aktorów. Z drugiej strony dodatkowo uwypukla rozdźwięk pomiędzy młodszym pokoleniem, a starszym. Młodzi nie chcą rabować, chcą żyć inaczej, zapowiadają nowy porządek, który nastanie wraz ze śmiercią obecnych hersztów.
Film został nakręcony w 1984 roku, kiedy to jeszcze nie było takich efektów specjalnych, jakimi dysponują obecni twórcy. I przyznam, że obawiałam się trochę, czy oglądając ten film dziś, baśniowe postacie Szaruchów, Pupiszonków i Wietrzydeł nie będą razić. Wpisują się jednak w konwencję filmu, tworząc spójny obraz. Urzekły mnie Wietrzydła (groźne i piękne) - kobiety o pomalowanych na biało twarzach i klatkach piersiowych, ze lśniącymi czarnymi piórami.
Widać wyraźny podział na świat męski i kobiecy, oba silne, uzupełniające się i współgrające harmonijnie. Lovis, silna, dzika kobieta, matka Ronji, partnerka (choć słowo to raczej kiepsko pasuje do rzeczywistości przedstawionej, według mnie dobrze oddaje relacje pomiędzy rodzicami dziewczynki) Matisa, herszta. Jej autorytet wśród zbójców jest ogromny, kiedy każe im się umyć na śniegu, nikt się jej nie sprzeciwia, choć każdy psioczy pod nosem. Scena kąpiących się na śniegu, fikających i majtających w górze nogami rabusiów, nagich, jak ich Pan Bóg stworzył jest komiczna i pozbawiona pruderii, kadrowana z daleka, prezentująca zbójców w całej okazałości. Czyści i pachnący nie mogli założyć brudnych swych ciuchów, więc przebrali się w zrabowane stroje, sęk w tym, że nie dla wszystkich wystarczyło męskich, niektórzy musieli zadowolić się damskimi, niczym w teatrze elżbietańskim. I to ta scena, śpiewających zbójców w damskich fatałaszkach, najbardziej chyba spodobała się Tymiankowi.
Warta jest podkreślenia relacja Ronji i Birka, która zarówno w książce, jak i w filmie wolna jest od podtekstów seksualnych, fascynacji płcią przeciwną. I choć dorośli przeczuwają, jaki finał będzie tej relacji, opiera się ona na czystej przyjaźni, na siostrzano-braterskiej więzi. I nawet, kiedy leżą nadzy, objęci na trawie susząc się po kąpieli, obraz promieniuje niewinnością. Jako rodzic myślę, że to niezwykle ważne, aby w opozycji do tego, czym karmi nas współczesna telewizja, pokazywać dzieciom wzorce przyjaźni niewinnej i głębokiej.
Film aż kipi od obrazów przyrody, pięknej i potężnej. Po wyjściu z kina ma się ochotę wydać krzyk, jak Ronja witając wiosnę.
Jedynym minusem według mnie jest długość filmu - dwie godziny. W pewnym momencie czułam już znużenie, a i Tymianek wiercił się nieznośnie. Nie czułam też dynamizmu akcji i napięcia, ale mogło to być spowodowane tym, że jesteśmy na świeżo po lekturze.
Filmy wywołał też u mnie smutną refleksję, jak wiele odbieramy dzieciom ograniczając ich poprzez nieustanną kontrolę, lęki, zabieganie o bezpieczeństwo. I nie chodzi mi o to, aby zrezygnować z dbania o bezpieczeństwo naszych pociech, ale raczej o zastanowienie się, czy są jakieś obszary, w których mogę przekazać dziecku większą odpowiedzialność za siebie, z których mogę się wycofać, aby moje dziecko mogło uczyć się samodzielności.
środa, 12 listopada 2014
Wspólne muzykowanie/Przygody z książką
Do sięgnięcia po utwory Danuty Wawiłow zachęciła nas płyta Ani Brody A ja nie chcę spać, pisałam o niej TU. Postanowiliśmy do czytanych wierszy skomponować własną muzykę. Ale, żeby tworzyć muzykę potrzebne są instrumenty.
Wykonaliśmy kilka grzechotek. Użyliśmy puste puszki po pomidorach, które wypełnialiśmy kasztanami, ryżem, kaszą manną, pestkami ze śliwek, łupinami po pistacjach. Chłopakom bardzo spodobała się ta zabawa. Titi stworzył też mieszanki, np. ryż i pestki, albo manna i łupiny, co dało jeszcze inny efekt dźwiękowy. Młodszy, jedenastomiesięczny synek też wkładał kasztany do puszki, ale najbardziej podobało mu się rozcieranie kaszy po podłodze (sprzątanie nie jest tak uciążliwe, jak by się mogło wydawać). Dla niemowlaka takie grzechotki są za duże i trudno było mu je utrzymać w rączce, ale już wiem z czego będą w sam raz (o tym niebawem).
Następnie ozdobiliśmy nasze instrumenty, wycinając różne kształty z kolorowego papieru samoprzylepnego.
Kiedy wszystko było gotowe, nadeszła pora na gwóźdź programu - koncert na dwa głosy i siedem grzechotek.
Kilka wierszyków szczególnie przypadło Titimu do gustu: Szybko (o porannym pośpiechu i pragnieniu robienia wszystkiego wolno); Czarny lew (o lwie bardzo groźnym, który okazuje się być łagodnym i przyjaznym); Urodzinki (o tym jak fajnie jest, kiedy są czyjeś urodziny); Dzieci w lesie (o dzieciach, które zabłądziły w lesie i bardzo się bały, ale sowa się nimi zaopiekowała, a rano wskazała drogę do domu);A jak będę dorosła (co można zrobić, gdy się jest dorosłym: zostać lekarzem i robić zastrzyki, być piratem i strzelać z armaty, a na koniec można wrócić do mamy); Strzygi (bardzo na czasie, o jesiennych deszczach i chłodach).
Ilustracje nie w moim klimacie. Utwory są ciepłe, radosne. Jednak niektóre zwróciły moją uwagę i wzbudziły niepokój i zdziwienie. Wierszyk Niegrzeczna dziewczynka, którego bohaterką jest dziewczynka raz bardzo grzeczna (i z wielkim smakiem zjadała nawet kożuchy na mleku), innym razem niegrzeczna (a raz, gdy była niegrzeczna, to tata wziął i zwariował i uciekł z mamą na biegun, a potem aż do Afryki. I gdy ich ludzie pytali, co jest powodem ucieczki, i gdy ich ludzie pytali: - Czemuście tak zrobili? - to rzekli tata i mama, że boją się swej córeczki bardziej niż białych niedźwiedzi i stada złych krokodyli). Cóż to za niedojrzali i nieodpowiedzialni rodzice! Rozumiem, że to wierszyk, który jest opowiedziany z humorem, pewnie niejeden rodzic w trudnych chwilach marzył o takiej ucieczce, ale adresatem tego wiersza jest dziecko (nie rodzic),które - szczególnie małe - przyjmuje wszystko, jak leci, bezkrytycznie. Owszem najważniejsze są relacje dzieci z rodzicami, ale... Co autor miał na myśli?
Kolejny przykład pochodzi z Dziwnej bajeczki, akcja dzieje się w zoo, mały zwierzaczek zabłądził i nie może znaleźć drogi do swoich rodziców. Kiedy już wraca do nich, ci: Troszeczkę się pośmiali, troszeczkę popłakali, troszeczkę mu przylali - a może nie troszeczkę. I choć forma jest żartobliwa, choć za mojego dzieciństwa "przylanie dziecku" było na porządku dziennym, to dzisiaj patrzymy na bicie dzieci, w kategoriach przemocy, na którą trzeba reagować i której należy przeciwdziałać. Zachowanie rymu nie jest wystarczającym argumentem, aby klasyfikować przemoc razem ze śmiechem i płaczem, jako naturalne ludzkie reakcje (bo bohaterzy wierszyka posiadają ludzkie cechy, nie zwierzęce). Lekki i dowcipny ton, w jakim utrzymany jest wiersz budzi jeszcze większy mój sprzeciw, bo dewaluuje on przemoc, która gdzieś tam się rozmywa w całym utworze. Ponadto przemyca komunikat, że bicie dzieci jest ok i że może to być powód do żartów. Otóż nie może, tym bardziej, że małe dziecko bierze wszystko dosłownie.
Przy tej refleksyjnej krytyce, biorę pod uwagę, że te utwory powstały w innej rzeczywistości (Wawiłow zmarła w 1999 roku, kiedy ja zaczynałam liceum. Wtedy inaczej patrzyło się na wychowanie, dzieci nie były prawnie chronione przed biciem). To takie moje refleksje do poduszki, którymi chciałam się podzielić. Co robicie, kiedy czytając dobrą książkę dziecku natrafiacie na takie relikty przeszłości? Rozmawiacie? Pomijacie te fragmenty? Trochę je modyfikujecie?
Dzisiejszy wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką.
Zajrzyjcie też TU.
Na kolejną odsłonę zapraszamy 26 listopada.
Wykonaliśmy kilka grzechotek. Użyliśmy puste puszki po pomidorach, które wypełnialiśmy kasztanami, ryżem, kaszą manną, pestkami ze śliwek, łupinami po pistacjach. Chłopakom bardzo spodobała się ta zabawa. Titi stworzył też mieszanki, np. ryż i pestki, albo manna i łupiny, co dało jeszcze inny efekt dźwiękowy. Młodszy, jedenastomiesięczny synek też wkładał kasztany do puszki, ale najbardziej podobało mu się rozcieranie kaszy po podłodze (sprzątanie nie jest tak uciążliwe, jak by się mogło wydawać). Dla niemowlaka takie grzechotki są za duże i trudno było mu je utrzymać w rączce, ale już wiem z czego będą w sam raz (o tym niebawem).
Następnie ozdobiliśmy nasze instrumenty, wycinając różne kształty z kolorowego papieru samoprzylepnego.
| Ten instrument przedstawia maskę. |
Kiedy wszystko było gotowe, nadeszła pora na gwóźdź programu - koncert na dwa głosy i siedem grzechotek.
Kilka wierszyków szczególnie przypadło Titimu do gustu: Szybko (o porannym pośpiechu i pragnieniu robienia wszystkiego wolno); Czarny lew (o lwie bardzo groźnym, który okazuje się być łagodnym i przyjaznym); Urodzinki (o tym jak fajnie jest, kiedy są czyjeś urodziny); Dzieci w lesie (o dzieciach, które zabłądziły w lesie i bardzo się bały, ale sowa się nimi zaopiekowała, a rano wskazała drogę do domu);A jak będę dorosła (co można zrobić, gdy się jest dorosłym: zostać lekarzem i robić zastrzyki, być piratem i strzelać z armaty, a na koniec można wrócić do mamy); Strzygi (bardzo na czasie, o jesiennych deszczach i chłodach).
Ilustracje nie w moim klimacie. Utwory są ciepłe, radosne. Jednak niektóre zwróciły moją uwagę i wzbudziły niepokój i zdziwienie. Wierszyk Niegrzeczna dziewczynka, którego bohaterką jest dziewczynka raz bardzo grzeczna (i z wielkim smakiem zjadała nawet kożuchy na mleku), innym razem niegrzeczna (a raz, gdy była niegrzeczna, to tata wziął i zwariował i uciekł z mamą na biegun, a potem aż do Afryki. I gdy ich ludzie pytali, co jest powodem ucieczki, i gdy ich ludzie pytali: - Czemuście tak zrobili? - to rzekli tata i mama, że boją się swej córeczki bardziej niż białych niedźwiedzi i stada złych krokodyli). Cóż to za niedojrzali i nieodpowiedzialni rodzice! Rozumiem, że to wierszyk, który jest opowiedziany z humorem, pewnie niejeden rodzic w trudnych chwilach marzył o takiej ucieczce, ale adresatem tego wiersza jest dziecko (nie rodzic),które - szczególnie małe - przyjmuje wszystko, jak leci, bezkrytycznie. Owszem najważniejsze są relacje dzieci z rodzicami, ale... Co autor miał na myśli?
Kolejny przykład pochodzi z Dziwnej bajeczki, akcja dzieje się w zoo, mały zwierzaczek zabłądził i nie może znaleźć drogi do swoich rodziców. Kiedy już wraca do nich, ci: Troszeczkę się pośmiali, troszeczkę popłakali, troszeczkę mu przylali - a może nie troszeczkę. I choć forma jest żartobliwa, choć za mojego dzieciństwa "przylanie dziecku" było na porządku dziennym, to dzisiaj patrzymy na bicie dzieci, w kategoriach przemocy, na którą trzeba reagować i której należy przeciwdziałać. Zachowanie rymu nie jest wystarczającym argumentem, aby klasyfikować przemoc razem ze śmiechem i płaczem, jako naturalne ludzkie reakcje (bo bohaterzy wierszyka posiadają ludzkie cechy, nie zwierzęce). Lekki i dowcipny ton, w jakim utrzymany jest wiersz budzi jeszcze większy mój sprzeciw, bo dewaluuje on przemoc, która gdzieś tam się rozmywa w całym utworze. Ponadto przemyca komunikat, że bicie dzieci jest ok i że może to być powód do żartów. Otóż nie może, tym bardziej, że małe dziecko bierze wszystko dosłownie.
Przy tej refleksyjnej krytyce, biorę pod uwagę, że te utwory powstały w innej rzeczywistości (Wawiłow zmarła w 1999 roku, kiedy ja zaczynałam liceum. Wtedy inaczej patrzyło się na wychowanie, dzieci nie były prawnie chronione przed biciem). To takie moje refleksje do poduszki, którymi chciałam się podzielić. Co robicie, kiedy czytając dobrą książkę dziecku natrafiacie na takie relikty przeszłości? Rozmawiacie? Pomijacie te fragmenty? Trochę je modyfikujecie?
Dzisiejszy wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką.
![]() |
| KLIK |
Zajrzyjcie też TU.
Na kolejną odsłonę zapraszamy 26 listopada.
środa, 29 października 2014
Baśniowy wzorzec: Królewna/Przygody z książką
Dzisiejszy post nietypowy, bo niestety nie przeprowadziliśmy warsztatu. Czasem tak się zdarza, że dziecko nie chce współpracować, albo chce, żeby mama wreszcie pobawiła się z nim klockami w zabawę, którą on wymyśli. Cóż było robić.
Dlatego dziś będzie refleksyjnie. Od jakiegoś czasu zagłębiamy się powoli w baśnie. Wcześniej omijałam je szerokim łukiem, teraz myślę, że Titi powoli dorasta do tego typu pozycji. Zanurzam się w świat baśniowy też ze względów zawodowych, fascynuje mnie kultura opowiadania, ustne przekazywanie tradycji poprzez bezpośredni kontakt opowiadającego z odbiorcą. Nachodzą mnie pewne refleksje (nie odkrywcze), dotyczące postaci kobiecych w tradycyjnych podaniach. Jak już ta księżniczka, czy inna królewna, nie czeka uwięziona, czy uśpiona na przybycie księcia na białym koniu, pocałunek miłości, czy inne takie, to i tak jest postacią, która ma być uległa, pokorna, której nie wolno tupać nogą, a jak już tupnie, to w pewnym momencie jej chęć samostanowienia o sobie zostanie ujarzmiona i okiełznana przez patriarchat. Zadanie baśni polega z grubsza na tym, aby zaprezentować wzorce postępowania (zazwyczaj są dwa typy bohaterów pozytywni i negatywni) i wspierać te pożądane przez dane społeczeństwo, aby pomóc w pokonywaniu życiowych trudności i dokonywaniu słusznego wyboru. Zaczęłam się zastanawiać, czy tradycyjne baśnie nie uległy dziś dewaluacji, czy nie prezentują wzorca, który jest sprzeczny z kierunkiem, w którym zmierza współczesne społeczeństwo. Owszem mamy psychologiczną interpretację Clarissy Pinkoli Estes, ale mam wrażenie, że to ciągle jest nisza. Zadaję sobie pytanie, czy czytać baśnie z dzieckiem, co w sytuacji kiedy opowieść jest piękna i fascynująca, ale płynąca z niej nauka sprzeczna z tym, co chciałabym przekazać dzieciom. I przyszły mi do głowy dwa pomysły. Pierwszy: w punkcie kulminacyjnym, kiedy bohater ma dokonać wyboru, zostawiamy formę otwartą, tzn. dziecko decyduje, jaką ścieżką podąży postać, a my dopowiadamy dalszy ciąg (jeśli wybór jest inny niż ten zapisany przez tradycję - wymyślamy, jeśli zgodny czytamy dalej, a może dziecko będzie chciało przetestować kilka dróg - można się wtedy wspólnie zastanowić nad konsekwencjami decyzji). Tak sobie myślę, że takie podejście będzie wspierało u dziecka branie odpowiedzialności za własne życie i podejmowane decyzje, a nie bierny determinizm. Będzie bodźcem do zastanowienia, co jest dla mnie (dziecka) ważne i jakie są moje wartości. Drugi: to przeczytanie baśni do końca i rozmowa, powiedzenie, co mnie - mamie się nie podobało, jakie są moje wartości, nazwanie tego, co się wydarza.
Trzy propozycje:
O królewnie czarodziejce Józefa Ignacego Kraszewskiego, ze zbioru Cudowna studzienka. Baśnie polskie, który opracowała Joanna Papuzińska, a zilustrowała Elżbieta Wasiuczyńska, wydany przez wydawnictwo Media Rodzina. W skrócie: królewna nie chce wychodzić za mąż, ale ojciec tak postanowił, więc dziewczyna próbuje się wymigać (pisząc brzydko). Mimo licznych czarów, musi za królewicza/czarownika się wydać. Upokorzona, przegrywa. Choć dla mnie osobiście uczciwość zwycięstwa czarownika jest niejednoznaczna. Dziewczyna postawiła warunek, że zostanie jego żoną (skoro musi) dopiero wtedy, gdy schowa mu się siedem razy, a on ją siedem razy znajdzie. Ale królewicz podglądał, albo ktoś mu podpowiadał. Rola królewny/kobiety taka, że chce czy nie chce, jej droga życiowa zawsze jednakowa. Smutne to dla mnie, choć opowieść piękna i warto, aby żyła.
Jednak chyba nie tylko mnie ten wzorzec kulturowy w oczy i serce kole. Coraz częściej można spotkać uwspółcześnione wzorce starych ról kulturowych, przepisanie baśni na nowo. Chciałam podzielić się dwiema propozycjami.
,Biała księżniczka i Złoty Smok Petry Finy, ilustrowała Mari Takacs, wydawnictwo Namas. Całość zanurzona jest w tradycji chińskiej. Swoją białą skórą, dziewczyna budzi odrazę w zalotnikach i nikt się nie chce z nią ożenić. A wiadomo, że dla księżniczki to największa hańba. Więc księżniczka Bai wyrusza w podróż ze swym przyjacielem Złotym Smokiem. Jednak nigdzie nie jest akceptowana taka, jaką jest. A kiedy już znalazł się młodzieniec, który z wielką radością chciałby się z nią ożenić, okazało się, że cena jaką miałaby zapłacić dziewczyna za to małżeństwo była bardzo wysoka. Biała księżniczka wybiera inną drogę, ma inny pomysł na realizację siebie, zostaje Białym Smokiem i sprawuje rządy nad powietrzem i duszami. To ona wypiera z nich ciemność i wypełnia niebiańską jasnością. Uchodzi za najpiękniejszego ze smoków, o urodzie tak wielkiej, że gdy przelatuje obok, każdego przenika dreszcz zachwytu i tęsknoty.
Kiedyś prowadziłam teatralne warsztaty podwórkowe na warszawskiej Pradze i przeczytałam dzieciakom tą opowieść. Były zachwycone i ja również, że udało mi się przemycić inny wzorzec i pokazać im, że książki też mogą być fascynujące. Potem bawiliśmy się inspirując się opowieścią.
1. Wymyślanie, jak się przemieszczają smoki (jeden nawet jeździł na motorze), jak wykonują swoje zadania (czerwony - strażnik ognia i serc, w których rozpala miłość bądź nienawiść; błękitny - opiekuje się wodami i mową, z której wypłukuje przekleństwa i napełnia czystymi słowami; złoty - sprawuje pieczę nad ziemią i sensem, sadzi w umysłach nowe myśli, a stare, popsute plewi).
2. Na dany sygnał zmieniamy smoka. To ćwiczenie uczy uważnego słuchania i reagowania.
3. Narysowaliśmy kredą na asfalcie duże koło i podzieliliśmy na cztery części. Każda część odpowiadała jednemu żywiołowi - dzieci miały dużo radości z rysowania:
Książka przepięknie zilustrowana, tekst napisany językiem poetyckim, dlatego wydaje mi się za trudna dla małego przedszkolaka. Czytałam ją dzieciom w wieku około 6-11 lat.
Królewna w koronie Marii Ewy Letki, zilustrowana przez Marię Ekier, wydana przez Agencję Edytorską "Ezop". To kolejna propozycja, ponownego napisania mitu o królewnie. Tutaj dziewczyna spotyka złą czarownicę, która nienawidzi szczęśliwych ludzi i rzuca na nią czar. Królewna staje się bardzo malutka i zostaje uwięziona w swej koronie, która nie zmieniła rozmiaru. Początkowo wylewa może łez, ale szybko się ogarnia i wcale nie czeka na królewicza, który ją oswobodzi i zabije złą wiedźmę. Bierze życie w swoje ręce i choć nie może zmienić okoliczności, w których się znajduje, uczy się, jak w nich żyć i czerpać radość z tego, co ma w zasięgu ręki. Szybko zdobywa przyjaciół, którzy pomagają jej przetrwać. Sama jest kowalem własnego szczęścia. Kiedy czarownica spostrzega, że dziewczyna jest radosna, zmienia ją ponownie w coś innego i tak zmienia ją bez końca, bo królewna, jak na królewnę nie przystało, szybko odnajduje się w nowej sytuacji i w żaden sposób nie można zabić w niej radości życia i chęci przetrwania. Czarownica złościła się, bo chciałaby zamienić królewnę w siebie, ale chociaż była bardzo biegła w czarach, tego nie potrafiła zrobić.
A Wy, co sądzicie o tradycyjnych wzorcach kulturowych zawartych w baśniach? Znacie przykłady tradycyjnych, lub uwspółcześnionych baśni, w których ten wzorzec jest inny od tradycyjnego?
Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką.
Zajrzyjcie też na inne blogi KLIK.
Na kolejny wpis zapraszamy 12 listopada.
Dlatego dziś będzie refleksyjnie. Od jakiegoś czasu zagłębiamy się powoli w baśnie. Wcześniej omijałam je szerokim łukiem, teraz myślę, że Titi powoli dorasta do tego typu pozycji. Zanurzam się w świat baśniowy też ze względów zawodowych, fascynuje mnie kultura opowiadania, ustne przekazywanie tradycji poprzez bezpośredni kontakt opowiadającego z odbiorcą. Nachodzą mnie pewne refleksje (nie odkrywcze), dotyczące postaci kobiecych w tradycyjnych podaniach. Jak już ta księżniczka, czy inna królewna, nie czeka uwięziona, czy uśpiona na przybycie księcia na białym koniu, pocałunek miłości, czy inne takie, to i tak jest postacią, która ma być uległa, pokorna, której nie wolno tupać nogą, a jak już tupnie, to w pewnym momencie jej chęć samostanowienia o sobie zostanie ujarzmiona i okiełznana przez patriarchat. Zadanie baśni polega z grubsza na tym, aby zaprezentować wzorce postępowania (zazwyczaj są dwa typy bohaterów pozytywni i negatywni) i wspierać te pożądane przez dane społeczeństwo, aby pomóc w pokonywaniu życiowych trudności i dokonywaniu słusznego wyboru. Zaczęłam się zastanawiać, czy tradycyjne baśnie nie uległy dziś dewaluacji, czy nie prezentują wzorca, który jest sprzeczny z kierunkiem, w którym zmierza współczesne społeczeństwo. Owszem mamy psychologiczną interpretację Clarissy Pinkoli Estes, ale mam wrażenie, że to ciągle jest nisza. Zadaję sobie pytanie, czy czytać baśnie z dzieckiem, co w sytuacji kiedy opowieść jest piękna i fascynująca, ale płynąca z niej nauka sprzeczna z tym, co chciałabym przekazać dzieciom. I przyszły mi do głowy dwa pomysły. Pierwszy: w punkcie kulminacyjnym, kiedy bohater ma dokonać wyboru, zostawiamy formę otwartą, tzn. dziecko decyduje, jaką ścieżką podąży postać, a my dopowiadamy dalszy ciąg (jeśli wybór jest inny niż ten zapisany przez tradycję - wymyślamy, jeśli zgodny czytamy dalej, a może dziecko będzie chciało przetestować kilka dróg - można się wtedy wspólnie zastanowić nad konsekwencjami decyzji). Tak sobie myślę, że takie podejście będzie wspierało u dziecka branie odpowiedzialności za własne życie i podejmowane decyzje, a nie bierny determinizm. Będzie bodźcem do zastanowienia, co jest dla mnie (dziecka) ważne i jakie są moje wartości. Drugi: to przeczytanie baśni do końca i rozmowa, powiedzenie, co mnie - mamie się nie podobało, jakie są moje wartości, nazwanie tego, co się wydarza.
Trzy propozycje:
O królewnie czarodziejce Józefa Ignacego Kraszewskiego, ze zbioru Cudowna studzienka. Baśnie polskie, który opracowała Joanna Papuzińska, a zilustrowała Elżbieta Wasiuczyńska, wydany przez wydawnictwo Media Rodzina. W skrócie: królewna nie chce wychodzić za mąż, ale ojciec tak postanowił, więc dziewczyna próbuje się wymigać (pisząc brzydko). Mimo licznych czarów, musi za królewicza/czarownika się wydać. Upokorzona, przegrywa. Choć dla mnie osobiście uczciwość zwycięstwa czarownika jest niejednoznaczna. Dziewczyna postawiła warunek, że zostanie jego żoną (skoro musi) dopiero wtedy, gdy schowa mu się siedem razy, a on ją siedem razy znajdzie. Ale królewicz podglądał, albo ktoś mu podpowiadał. Rola królewny/kobiety taka, że chce czy nie chce, jej droga życiowa zawsze jednakowa. Smutne to dla mnie, choć opowieść piękna i warto, aby żyła.
Jednak chyba nie tylko mnie ten wzorzec kulturowy w oczy i serce kole. Coraz częściej można spotkać uwspółcześnione wzorce starych ról kulturowych, przepisanie baśni na nowo. Chciałam podzielić się dwiema propozycjami.
,Biała księżniczka i Złoty Smok Petry Finy, ilustrowała Mari Takacs, wydawnictwo Namas. Całość zanurzona jest w tradycji chińskiej. Swoją białą skórą, dziewczyna budzi odrazę w zalotnikach i nikt się nie chce z nią ożenić. A wiadomo, że dla księżniczki to największa hańba. Więc księżniczka Bai wyrusza w podróż ze swym przyjacielem Złotym Smokiem. Jednak nigdzie nie jest akceptowana taka, jaką jest. A kiedy już znalazł się młodzieniec, który z wielką radością chciałby się z nią ożenić, okazało się, że cena jaką miałaby zapłacić dziewczyna za to małżeństwo była bardzo wysoka. Biała księżniczka wybiera inną drogę, ma inny pomysł na realizację siebie, zostaje Białym Smokiem i sprawuje rządy nad powietrzem i duszami. To ona wypiera z nich ciemność i wypełnia niebiańską jasnością. Uchodzi za najpiękniejszego ze smoków, o urodzie tak wielkiej, że gdy przelatuje obok, każdego przenika dreszcz zachwytu i tęsknoty.
Kiedyś prowadziłam teatralne warsztaty podwórkowe na warszawskiej Pradze i przeczytałam dzieciakom tą opowieść. Były zachwycone i ja również, że udało mi się przemycić inny wzorzec i pokazać im, że książki też mogą być fascynujące. Potem bawiliśmy się inspirując się opowieścią.
1. Wymyślanie, jak się przemieszczają smoki (jeden nawet jeździł na motorze), jak wykonują swoje zadania (czerwony - strażnik ognia i serc, w których rozpala miłość bądź nienawiść; błękitny - opiekuje się wodami i mową, z której wypłukuje przekleństwa i napełnia czystymi słowami; złoty - sprawuje pieczę nad ziemią i sensem, sadzi w umysłach nowe myśli, a stare, popsute plewi).
2. Na dany sygnał zmieniamy smoka. To ćwiczenie uczy uważnego słuchania i reagowania.
3. Narysowaliśmy kredą na asfalcie duże koło i podzieliliśmy na cztery części. Każda część odpowiadała jednemu żywiołowi - dzieci miały dużo radości z rysowania:
- pokazywanie żywiołów za pomocą ciała - odpowiedni żywioł na danym polu;
- zmiana żywiołu na sygnał;
- zmiana żywiołu inicjowana przez dzieci.
Książka przepięknie zilustrowana, tekst napisany językiem poetyckim, dlatego wydaje mi się za trudna dla małego przedszkolaka. Czytałam ją dzieciom w wieku około 6-11 lat.
Królewna w koronie Marii Ewy Letki, zilustrowana przez Marię Ekier, wydana przez Agencję Edytorską "Ezop". To kolejna propozycja, ponownego napisania mitu o królewnie. Tutaj dziewczyna spotyka złą czarownicę, która nienawidzi szczęśliwych ludzi i rzuca na nią czar. Królewna staje się bardzo malutka i zostaje uwięziona w swej koronie, która nie zmieniła rozmiaru. Początkowo wylewa może łez, ale szybko się ogarnia i wcale nie czeka na królewicza, który ją oswobodzi i zabije złą wiedźmę. Bierze życie w swoje ręce i choć nie może zmienić okoliczności, w których się znajduje, uczy się, jak w nich żyć i czerpać radość z tego, co ma w zasięgu ręki. Szybko zdobywa przyjaciół, którzy pomagają jej przetrwać. Sama jest kowalem własnego szczęścia. Kiedy czarownica spostrzega, że dziewczyna jest radosna, zmienia ją ponownie w coś innego i tak zmienia ją bez końca, bo królewna, jak na królewnę nie przystało, szybko odnajduje się w nowej sytuacji i w żaden sposób nie można zabić w niej radości życia i chęci przetrwania. Czarownica złościła się, bo chciałaby zamienić królewnę w siebie, ale chociaż była bardzo biegła w czarach, tego nie potrafiła zrobić.
A Wy, co sądzicie o tradycyjnych wzorcach kulturowych zawartych w baśniach? Znacie przykłady tradycyjnych, lub uwspółcześnionych baśni, w których ten wzorzec jest inny od tradycyjnego?
Wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką.
![]() |
| KLIK |
Na kolejny wpis zapraszamy 12 listopada.
środa, 13 listopada 2013
Słuchamy opowieści...
Byliśmy dziś na spektaklu Kokijoko, opowieści z wysp Morza Karaibskiego - po polsku i po kreolsku w wykonaniu Magdy Leny Górskiej i Serge'a Tamasa, wystawianym w ramach Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Opowiadania. Więcej takich propozycji kulturalnych dla najmłodszych! Jednym z atutów przedstawienia jest nawiązanie relacji z widzami i stworzenie przestrzeni na ich udział (wspólne śpiewanie piosenek, czy mówienie krótkiego tekstu). Publiczność staje się w ten sposób współtwórcą i integralnym uczestnikiem opowieści. To pozwala także na utrzymanie uwagi dzieci przez ponad godzinę (choć Titi powiedział na koniec, że było trochę za długie - adresatami przedstawienia jest grupa dzieci powyżej 5 roku życia, Titi ma 4,5). Ważnym elementem jest muzyka pochodząca z obszarów Morza Karaibskiego, grana na żywo przez Serge'a Tamasa, przy której nie sposób się nie kołysać.
Towarzyszyła nam dość duża grupa przedszkolaków, które bardzo aktywnie uczestniczyły w przedstawieniu. Titi był trochę onieśmielony, przyklejony do mamy. Nie zmuszałam go do udziału. Widziałam, że jest mocno pochłonięty opowiadanymi historiami. Kiedy wróciliśmy do domu zaczął powtarzać rytmy, które pojawiły się w spektaklu, wyśpiewywać je na swój własny indywidualny sposób. Spytał też, gdzie są Karaiby, więc pewnie zanurkujemy w Mapy Mizielińskich.
Magda Lena Górska opowiedział trzy historie, których treść była dość drastyczna: pojawiał się król, który lubił zjadać ludzkie uszy, dziewczynka, która narodziła się z muszli i później odeszła od swojej rodziny do morza, chłopiec, który pokonał czorta. Wszystko jednak zostało przedstawione w ciepły sposób, przepełniony humorem i zabawą. W moim odczuciu to świetna alternatywa dla filmów animowanych adresowanych do najmłodszych.
Przy okazji chcę się podzielić pewną refleksją, obserwacją. W czasie przedstawienia najbardziej przeszkadzały mi panie przedszkolanki, co chwila słyszałam: ćććśśśiii. A raz jedna z pań się zapomniała i zawołała na całą salę, zagłuszając aktorkę: Karolina! To co najbardziej mnie irytowało w ich interwencjach, to brak adekwatności do sytuacji. Dzieci po prostu żywo reagowały na spektakl, który wręcz ich do tego zapraszał. Przedszkolanki zaś tłumiły ich organiczne reakcje, które w żaden sposób nie zakłócały odbioru przedstawienia. Nie pozwalały im na współuczestnictwo i podążanie za nurtem opowieści. I jak tu uczyć dzieci obcowania z kulturą i sztuką, kiedy hamuje się ich naturalny jej odbiór, przetwarzanie i uczestniczenie?
Towarzyszyła nam dość duża grupa przedszkolaków, które bardzo aktywnie uczestniczyły w przedstawieniu. Titi był trochę onieśmielony, przyklejony do mamy. Nie zmuszałam go do udziału. Widziałam, że jest mocno pochłonięty opowiadanymi historiami. Kiedy wróciliśmy do domu zaczął powtarzać rytmy, które pojawiły się w spektaklu, wyśpiewywać je na swój własny indywidualny sposób. Spytał też, gdzie są Karaiby, więc pewnie zanurkujemy w Mapy Mizielińskich.
Magda Lena Górska opowiedział trzy historie, których treść była dość drastyczna: pojawiał się król, który lubił zjadać ludzkie uszy, dziewczynka, która narodziła się z muszli i później odeszła od swojej rodziny do morza, chłopiec, który pokonał czorta. Wszystko jednak zostało przedstawione w ciepły sposób, przepełniony humorem i zabawą. W moim odczuciu to świetna alternatywa dla filmów animowanych adresowanych do najmłodszych.
Przy okazji chcę się podzielić pewną refleksją, obserwacją. W czasie przedstawienia najbardziej przeszkadzały mi panie przedszkolanki, co chwila słyszałam: ćććśśśiii. A raz jedna z pań się zapomniała i zawołała na całą salę, zagłuszając aktorkę: Karolina! To co najbardziej mnie irytowało w ich interwencjach, to brak adekwatności do sytuacji. Dzieci po prostu żywo reagowały na spektakl, który wręcz ich do tego zapraszał. Przedszkolanki zaś tłumiły ich organiczne reakcje, które w żaden sposób nie zakłócały odbioru przedstawienia. Nie pozwalały im na współuczestnictwo i podążanie za nurtem opowieści. I jak tu uczyć dzieci obcowania z kulturą i sztuką, kiedy hamuje się ich naturalny jej odbiór, przetwarzanie i uczestniczenie?
sobota, 9 listopada 2013
Kosmiczny ekspresjonizm
Bierzemy udział w kolejnym projekcie międzyblogowym Kosmiczny Listopad (bawimy się w każdą sobotę listopada) zorganizowanym przez autorkę bloga Z dziećmi, dla dzieci, o dzieciach. Temat dzisiejszego wpisu to Podróż w kosmos.
Do zagadnienia podeszliśmy dość poważnie, zaczęliśmy od lektury, czytaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia. Widzieliśmy też kilka filmów na YouTube - Titiemu najbardziej spodobał się, pokazujący start rakiety. Oglądał z wypiekami na twarzy. Ile ognia i dymu! Obserwował jak rakieta oddala się od Ziemi i robi się coraz mniejsza i mniejsza. Stało się to inspiracją do spontanicznej twórczości i tak powstała rakieta z guzików oraz rysunek, który synek sam powiesił sobie nad łóżkiem.
| Rakieta lecąca na księżyc |
Podążając za fascynacją mojego czterolatka, postanowiłam, że zbudujemy dużą rakietę. Najpierw udaliśmy się do sklepu w celu zdobycia potrzebnych materiałów, czyli kartonów, które przytaszczyliśmy do domu. Kartony porozcinaliśmy i posklejaliśmy - to raczej robota dla dorosłego. Synek pomagał mi posklejać kartony - okazało się, że rozwijanie taśmy też może stanowić pewną trudność. Titi, którego najbardziej zafascynował ogień, wymyślił płomienie, które zrobił sam. Użył do tego swoich zakładek i poprzyklejał je na dole, w miejscu, gdzie znajdują się silniki.
Kiedy szkielet rakiety był już gotowy, Titi zaprojektował okna, które wycięłam nożykiem. Z plastikowych toreb wycięliśmy szyby i wmontowaliśmy je w okna.
Przymocowaliśmy też półeczkę z mniejszego kartonu. W moim założeniu miała stać się pulpitem nawigacyjnym, ale Titi stwierdził, że to będzie ubikacja i tak już zostało. Kiedy czytaliśmy o Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, jedną z rzeczy, które go najbardziej zainteresowały było jedzenie i toaleta właśnie. W czasie zabawy wielokrotnie korzystał ze swojej "nowej" ubikacji.
| Ta biała "półeczka" to właśnie ubikacja:) |
| A tu pomalowana toaleta:) |
Zabawa szybko pochłonęła uwagę Titiego i popłynęła własnym torem. Synek zaczął mieszać kolory, tworząc nowe odcienie i barwy, zrezygnował z używania gąbki na rzecz rąk. I tu już zaczął się istny kosmos! Action painting jak się patrzy! Był śmiech, śpiew, taniec, rozmowy w wymyślonym języku. Wszystko to stało się narzędziem twórczym. Szaleliśmy ramię w ramię. Body painting! Wysmarowane brzuchy i plecy. Dużo krzyku i pisku. Przepychanki. Wszystko w atmosferze radości, śmiechu wydobywającego się gdzieś z dołu brzucha, wzajemnej walki. Dziełem była już nie tylko rakieta, ale też nasze ciała. Przyznam szczerze, że sama popłynęłam na fali tej energii, spontaniczności. Dawno tak się beztrosko nie bawiłam z synkiem. Na chwilę sama zamieniłam się w dziecko.
Po zabawie było mycie i wspólne sprzątanie.
Do zabawy potrzebne będzie:
- kartony (koszt 0zł),
- nożyczki,
- taśma klejąca - gruba,
- ostry nożyk, lub skalpel,
- farby do malowania palcami (w Tesco znalazłam tańsze),
- plastikowe miseczki na farby (my użyliśmy kubeczków po śmietanie itp.),
- gąbka,
- ubrania, które można wybrudzić,
- dobry humor!
niedziela, 3 listopada 2013
Refleksyjnie
Dzisiaj krótko i refleksyjnie. Kilka miesięcy temu podarowaliśmy Titiemu z okazji imienin płytę Ani Brody A ja nie chcę spać. Początkowo prezent nie spotkał się z wielkim entuzjazmem, a wręcz usłyszałam pouczenie, że na prezent dla dziecka to się daje zabawki. No cóż, nie trafiłam - pomyślałam. Nie zmuszałam do słuchania, ale sama czasem pożyczałam od latorośli i nuciłam. Lody zostały przełamane. A ostatnio usłyszałam: Dziękuję mamo, że daliście mi tą płytę na imieniny.
Ulubiona piosenka Titiego.
Warto podarować dziecku coś, co być może na pierwszy rzut oka nie jest dla niego atrakcyjne. Jeśli rzecz posiada prawdziwą wartość, dziecko będzie po nią sięgać, w przeciwieństwie do innych, które w pierwszym odruchu są bardziej pociągające, ale które po chwilowej fascynacji lądują w pudle z innymi zapomnianymi zabawkami.
niedziela, 8 września 2013
Leśny domek
Też macie czasem potrzebę pokazania swojemu dziecku zabaw, w które się bawiliście, które głęboko wyryły się w Waszej pamięci? Ja miewam. I właśnie dzisiaj, korzystając z pobytu na wsi, zaproponowałam Titiemu budowę szałasu. Lubię aktywności, które nie wymagają żadnych rekwizytów, które się tworzy poprzez bycie w danym otoczeniu i wykorzystywanie jego różnych możliwości. Zabawy, które przekształcają "nic" w "coś". Pokazywanie dziecku alternatywy dla konsumpcjonizmu, lansowanego na każdym kroku przymusu posiadania nowych rzeczy, jako gwaranta szczęścia i dobrej zabawy, wydaje mi się szczególnie cenne.
Najpierw poszliśmy na poszukiwanie dużych i grubych gałęzi, które przytaszczyliśmy na miejsce budowy. Znajdowanie różnego rodzaju patyczków, patyków i sporych gabarytów gałęzi to w zasadzie stały punkt naszych spacerów tych dalszych i tych bliższych ;-). Niektóre były na tyle długie i grube, że trzeba było użyć siekiery. I choć narzędzie budziło duże zainteresowanie Titiego, rąbanie ze względów bezpieczeństwa przypadło mnie w udziale. Z tych gałęzi i patyków zbudowaliśmy szkielet szałasu. Później przyszła pora na pokrycie. W tym celu użyliśmy sekatora (to znów robota dla rodzica), którym ścięliśmy brzozowe gałązki. Następnie ułożyliśmy je na szkielecie tworząc przytulne lokum.
W leśnym domku szybko zadomowił się też współlokator w postaci Izera, który przez cały czas nam asystował.
Po pracy przyszedł czas na posilenie się. Mniam mniam malinki z krzaka.
Przyznam szczerze, że przystępując do zabawy, liczyłam, iż pobudzi wyobraźnię mojego dziecka, tak jak kiedyś moją. Ale tak się nie stało. Największe zainteresowanie wywołały narzędzia i ich zastosowanie. Titi chciał dotknąć, spróbować (wszystko pod czujnym nadzorem). Choć domek nie okazał się magiczny, sprawił dużo radości. Może to po prostu nie ten moment. Cudownie jest obserwować, jak niektóre zabawy rozpalają wyobraźnię niemalże do czerwoności, a inne nie, jak dziecko samo reguluje, co w danym momencie jest ważne dla jego rozwoju. Titi dość szybko znudził się siedzeniem w szałasie i popędził na spotkanie nowej zabawy. A ja chętnie bym sobie w domku leśnym posiedziała, ale niestety się nie mieszczę;-).
Subskrybuj:
Posty (Atom)









