"Na wybrzeżach bezkresnych światów spotykają się dzieci." "[Dziecko] Ty robisz sobie cudowną zabawę ze wszystkiego, co znajdziesz." Rabindranath Tagore
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dotyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dotyk. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 21 września 2014
Kasztanowa kąpiel
Chorujemy! Trzy dni przedszkola po przedłużonych wakacjach i coś się przypałętało. A miało być tak pięknie! No ale zanim zakatarzone nosy rozkichały się po domu na dobre, udało mi się nazbierać wielki wór kasztanów w drodze do przedszkola po Titiego. Plan był taki, że wracając dozbieramy razem więcej, ale dziecko nie czuło się najlepiej. Na szczęście okazało się, że kasztanów jest całkiem sporo, bo umyśliłam sobie zrobić chłopakom kasztanową kąpiel.
Wsypaliśmy wszystkie kasztany do miski i zaczęła się zabawa! Niesamowite wrażenia sensoryczne! Można stopy zanurzyć w kasztanach (np. przy pisaniu posta:-), bardzo relaksujące!), można całemu wejść do miski i posadzić na kasztanach swoje szanowne cztery litery, można się wzajemnie kasztanami masować, przesypywać, wyrzucać z miski, wkładać do kubeczków (dla 9,5 miesięczniaka ćwiczenie koordynacji oko ręka), wrzucić do butelki tworząc grzechotkę, albo wypełnić nimi skarpetkę, można też nimi nakarmić mamę (jedna z ulubionych zabaw młodszego synka). Starszemu ustawiłam wiadro, do którego celował rzuty z odległości. Młodszy uwielbia wchodzić do kasztanowej kąpieli. Zazwyczaj różne atrakcje nudzą mu się po kilku minutach, a kasztany już trzy dni budzą jego niesłabnące zainteresowanie. Od kilku dni kasztany są stałym krajobrazem naszego domu. Początkowo obawiałam się, czy po pięciu minutach nie będą wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinny być. Umówiliśmy się, że kasztany mogą być tylko w misce i SĄ. Starszy bardzo tego przestrzega.Ciąg dalszy kasztanowych opowieści nastąpi.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Antarktyda - W 7 bajek dookoła świata
Bierzemy udział w nowym projekcie blogowym W 7 bajek dookoła świata! Trochę spóźnieni, bo dołączamy już po zapowiedziach, ale pełni entuzjazmu i w gotowości. Do projektu zaprosiła nas autorka bloga Projekt: Człowiek. Przez kolejne tygodnie będziemy prezentować bajki z różnych stron świata.
Harmonogram zabawy:
16.04 - Australia i Oceania
23.04 - Azja
30.04 - Afryka
07.05 - Europa
14.05 - Ameryka Północna
21.05 - Ameryka Południowa
Dziś przedsmak naszej podróży dookoła świata - Antarktyda, najmniej zbadany kontynent. Jako, że niezamieszkana przez człowieka Antarktyda nie posiada tradycyjnych legend, zaczęliśmy od krótkiej bajeczki o zdobyciu bieguna południowego przez Roalda Amudsena.
Titiemu tak się spodobała, że czytaliśmy ją w kółko po wielokroć. Pewnie znacie serię książek Czytam sobie, wspierającą naukę czytania. Dosłownie czytaliśmy do upadłego. Synek nazywał poszczególne głoski w wyrazach, zaczęły mu się mylić d z r, o z p... w pewnym momencie zobaczyłam, że on już ma zamknięte oczy, że mówi przez sen. Nie doczytaliśmy do końca, Titi powiedział, że jest zmęczony i chce się już położyć do łóżka! Pierwszy raz coś takiego usłyszałam z jego ust!
Zrobiliśmy lodową zabawę sensoryczną, do miski z zimną wodą wrzuciłam kostki lodu, jedną partię zafarbowałam na niebiesko (do wody wrzuciłam niebieską krepinę, po zafarbowaniu przelałam do pojemnika na lód). Sprawdzaliśmy, czy lód jest cięższy od wody, potem Titi wrzucał do miski kolejne przedmioty i obserwowaliśmy, co pójdzie na dno, a co będzie pływać. W zabawie uczestniczył także czteromiesięczny Mamojad. Włożyłam mu do rączki kostkę lodu, którą badał z wielkim zainteresowaniem. Zabawa z lodem cieszyła się wielkim powodzeniem, przygotowałam też Titiemu kąpiel z kostkami lodu, które, niestety, w ciepłej wodzie szybko się rozpuściły.
Titi postanowił przeprowadzić także własny eksperyment, który cały czas trwa. Wlał do kubka wodę i włożył do zamrażalnika, następnego dnia nasypał do tego różnych przypraw i z powrotem włożył zamrażalnika swój eliksir.
Inspirując się kartami montessoriańskimi i przy braku odpowiedniego sprzętu, przygotowałam dla synka zdjęcia zwierząt wraz z podpisami w laptopie oraz wydrukowałam same nazwy. Zadanie polegało na dopasowaniu podpisów do fotografii. Aby było bardziej przejrzyste, dorobiłam numerację.
Bardzo nam się spodobała opieka pingwinów nad jajeczkiem, a później nad pisklakiem. Wychodząc naprzeciw potrzebie ruchu dziecka, zaproponowałam zabawę, w przenoszenie jaja. Początkowo naszym jajem był kokos, ale okazało się, że dla małych stópek jest za duży. Próbowaliśmy z różnymi małymi maskotkami, ale wszystko okazywało się za duże. Sprawdziła się skarpetka pożyczona od Mamojada, do której włożyłam drewniany klocek - to było jajo idealne! Przetransportowanie jaja z punktu A do punktu B wymaga specjalnego ułożenia stóp, które powinny być blisko siebie, a palce zadarte do góry. Zabawa obudziła w Titim instynkt ojcowski: A kiedy ja będę miał dziecko? Jest malusi i trzeba się nim opiekować.
Zapraszamy do odwiedzenia stron mam biorących udział w projekcie:
Harmonogram zabawy:
16.04 - Australia i Oceania
23.04 - Azja
30.04 - Afryka
07.05 - Europa
14.05 - Ameryka Północna
21.05 - Ameryka Południowa
Dziś przedsmak naszej podróży dookoła świata - Antarktyda, najmniej zbadany kontynent. Jako, że niezamieszkana przez człowieka Antarktyda nie posiada tradycyjnych legend, zaczęliśmy od krótkiej bajeczki o zdobyciu bieguna południowego przez Roalda Amudsena.
Titiemu tak się spodobała, że czytaliśmy ją w kółko po wielokroć. Pewnie znacie serię książek Czytam sobie, wspierającą naukę czytania. Dosłownie czytaliśmy do upadłego. Synek nazywał poszczególne głoski w wyrazach, zaczęły mu się mylić d z r, o z p... w pewnym momencie zobaczyłam, że on już ma zamknięte oczy, że mówi przez sen. Nie doczytaliśmy do końca, Titi powiedział, że jest zmęczony i chce się już położyć do łóżka! Pierwszy raz coś takiego usłyszałam z jego ust!
Zrobiliśmy lodową zabawę sensoryczną, do miski z zimną wodą wrzuciłam kostki lodu, jedną partię zafarbowałam na niebiesko (do wody wrzuciłam niebieską krepinę, po zafarbowaniu przelałam do pojemnika na lód). Sprawdzaliśmy, czy lód jest cięższy od wody, potem Titi wrzucał do miski kolejne przedmioty i obserwowaliśmy, co pójdzie na dno, a co będzie pływać. W zabawie uczestniczył także czteromiesięczny Mamojad. Włożyłam mu do rączki kostkę lodu, którą badał z wielkim zainteresowaniem. Zabawa z lodem cieszyła się wielkim powodzeniem, przygotowałam też Titiemu kąpiel z kostkami lodu, które, niestety, w ciepłej wodzie szybko się rozpuściły.
Titi postanowił przeprowadzić także własny eksperyment, który cały czas trwa. Wlał do kubka wodę i włożył do zamrażalnika, następnego dnia nasypał do tego różnych przypraw i z powrotem włożył zamrażalnika swój eliksir.
Inspirując się kartami montessoriańskimi i przy braku odpowiedniego sprzętu, przygotowałam dla synka zdjęcia zwierząt wraz z podpisami w laptopie oraz wydrukowałam same nazwy. Zadanie polegało na dopasowaniu podpisów do fotografii. Aby było bardziej przejrzyste, dorobiłam numerację.
Bardzo nam się spodobała opieka pingwinów nad jajeczkiem, a później nad pisklakiem. Wychodząc naprzeciw potrzebie ruchu dziecka, zaproponowałam zabawę, w przenoszenie jaja. Początkowo naszym jajem był kokos, ale okazało się, że dla małych stópek jest za duży. Próbowaliśmy z różnymi małymi maskotkami, ale wszystko okazywało się za duże. Sprawdziła się skarpetka pożyczona od Mamojada, do której włożyłam drewniany klocek - to było jajo idealne! Przetransportowanie jaja z punktu A do punktu B wymaga specjalnego ułożenia stóp, które powinny być blisko siebie, a palce zadarte do góry. Zabawa obudziła w Titim instynkt ojcowski: A kiedy ja będę miał dziecko? Jest malusi i trzeba się nim opiekować.
Zapraszamy do odwiedzenia stron mam biorących udział w projekcie:

sobota, 8 lutego 2014
Zmysłowa uczta na bosaka
Czasem tak bywa, że zabawa się nie klei, że trochę nudno, trochę smutno, a energia siada. Wtedy dobrze zrobić coś troszkę szalonego, spontanicznego, niecodziennego, orzeźwiającego. Tak było dzisiaj. Poszliśmy na górkę pozjeżdżać, wykorzystać śnieg zanim się stopi (bo czy spadnie jeszcze w tym roku - nie wiadomo). No ale ileż można zjeżdżać z górki na pazurki. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł: słońce przygrzewało, śniegu sporo, w niektórych miejscach jeszcze piękny, puchaty i mówię do synka: Chodź, coś zrobimy! Błysk w oku, co też ta Matka wymyśliła! Idzie za mną i pyta i ciągnie za język, a ja milczę. W końcu mówię: Siadaj i zdejmuj buty! Dziecko nie wie, czy Matka oszalała, ale się śmieje i zdejmuje buty, ja zdejmuję swoje. Ale zimne! Brrrr... Radość i śmiech i energia i krew szybciej krąży. Zakładamy skarpety i buty. Po chwili czujemy, jak stopy nagrzewają się, są gorące. Jakaż to uczta dla zmysłów! Temperatura, faktura! Receptory na stopach szaleją! W domu ciepła herbata z imbirem i cynamonem i rumiane policzki i uśmiech i radość i bliskość.
sobota, 23 listopada 2013
Planeta Ziemia
![]() |
| Źródło zdjęcia |
Chciałam pokazać Titiemu ruch Ziemi wokół Słońca i wokół własnej osi. W tym celu zaproponowałam wykonanie modeli z masy solnej. W dwóch osobnych miskach przygotowaliśmy potrzebne składniki dodając odpowiednio dla Ziemi zaparzoną kawę i kurkumę dla Słońca. Wyrabianie ciasta okazało się dość nudne i wykończenie spadło na mnie. Ale kiedy masy były gotowe zaczęła się zabawa. Najpierw ulepiliśmy dwie kule: żółtą i brązową. Wtedy Titi poprosił, abym przyniosła mu Wenus i Urana (masy z poprzedniego tygodnia, które schowałam na później). Jak się okazało z mojego planu zrobienia modeli i utwardzenia ich w piekarniku niewiele zostało. Synek zaczął odciskać na Słońcu i Ziemi różne kształty, dodawał dwie pozostałe masy, mieszał, a w końcu doszło do Wielkiej Katastrofy - Słońce zderzyło się z Ziemią i ją pochłonęło. Poddałam się temu naturalnemu strumieniowi, tej potrzebie ugniatania, odciskania, tworzenia nowych kształtów. Dostarczyłam też rekwizytów, które wzbogaciły zabawę: nakrętki, foremki zwierzątek, pojemniczki, łyżki, piórka, patyczki... Wyraz skupienia na malutkiej twarzy był dla mnie znakiem, że dobrze zrobiłam podążając za, a nie upierając się przy swoim. Oto efekty:
Projekt: Planeta Ziemia podejście drugie. I tym razem pomocna okazała się piłka. Wzięłam lampkę, piłkę i zaprosiłam synka do ciemnej łazienki. Zaświeciłam lampkę, która na czas doświadczenia stała się Słońcem (ważne, aby lampka świeciła dookoła. Początkowo wzięłam inną i kiedy Ziemia, czyli piłka była za lampką Titi mówił, że to noc, choć tłumaczyłam, że wyobrażamy sobie, że lampka świeci dookoła. Kiedy zmieniłam lampkę wszystko stało się jasne.), wzięłam do rąk piłkę. Zapytałam Titiego, gdzie jest jasno, a gdzie ciemno, wyjaśniając, że tam gdzie jasno to jest dzień, a gdzie ciemno - noc. Bardzo mu się to spodobało, później sam animował Ziemię, wykonując także ruch wokół Słońca. Chciałam jeszcze poruszyć temat pór roku, ale już nam nie starczyło czasu.
Obejrzeliśmy filmik przedstawiający refleksy naszej planety pochodzące z filmu Samsara. Podziwialiśmy różnorodność Ziemi w pigułce.
Zrobiliśmy sobie dwa eksperymenty. Pierwszy miał się odwoływać do wulkanu. Bazowałam na najprostszym skojarzeniu, coś się wylewa. Użyliśmy butelki po wodzie mineralnej, octu, sody, kurkumy, czerwonego brokatu i lejka. Do butelki Titi nalał ocet (ćwiczymy przy okazji precyzję), dosypał kurkumę i brokat. Ocet szybko się zabarwił. Wtedy zaczął dosypywać sodę. Zawartość butelki zaczęła buzować. Wśród licznych okrzyków radości piana piętrzyła się i wspinała w górę aż poczęła się wylewać. Okazało się, że to świetna okazja do przelewania.
Drugi eksperyment nawiązywał do lodowca. Zamroziłam w wodzie różne przedmioty: nakrętki, żołędzia, kasztana, szyszkę, piórka, zabawki, itp. Zadanie polegało na uwolnieniu zamrożonych rzeczy. Titi próbował ręką wyrwać poszczególne elementy, ale ani drgnęły. Za pomocą uderzania drewnianą łyżką oraz ciepłą wodą. Ostatni sposób okazał się najbardziej skuteczny. Było dużo śmiechu i zabawy w polewanie, odrywanie przedmiotów, które znacznie już się odmroziły. Przy okazji mówiliśmy, gdzie na naszej planecie jest najzimniej.
Przy pracy Titi ułożył sobie taką oto mruczankę:
Lej! Lej! Ciepłej wody!
Jeszcze! Jeszcze! Ciepłej wody!
Więcej! Więcej! Ciepłej wody!
Więcej! Więcej! Zimnej wody!
Testowaliśmy też, jak działa na lód zimna woda.
Przeczytaliśmy kilka książek, ale nie wszystkie zdążyliśmy przepracować.
Dzisiejszy wpis został zrealizowany w ramach projektu Kosmiczny listopad, zainicjowanego przez Aneczkę. Zachęcam też do odwiedzenia blogów innych mam biorących udział w projekcie, lista dostępna u autorki projektu. A tak bawiliśmy się kosmicznie:
Kosmiczny ekspresjonizm
Układ Słoneczny
niedziela, 17 listopada 2013
Impresje codzienności: Kuchenne opowieści
Kucharzycie wspólnie z dziećmi? Ja staram się zapraszać Titiego za każdym razem, kiedy wyraża taką chęć. Chociaż przyznam, że są dni, kiedy wolałabym sama naszykować jedzenie, bo mąka się rozsypie, bo będzie dłużej, bo więcej sprzątania..., ale mimo to wychodzę na przeciw ciekawskiemu czterolatkowi i zazwyczaj nie żałuję. To świetna okazja na spędzenie wspólnie czasu, szczególnie gdzieś wszyscy zawieruszymy się w codziennych obowiązkach i trudno nam wygospodarować przestrzeń na wspólną zabawę. A przy tym okazja do przemycenia informacji na temat zdrowego żywienia. Dzieci chłoną otaczający je świat, jak gąbka, nasiąkają tym, co dzieje się w domu. To również możliwość nauki bez organizowania specjalnie zabawy. Ważne jest, by być uważnym i nie przegapić fazy wrażliwej dziecka.
Pieczemy wspólnie już od dawna, to nie tylko nauka o tym, jakie podstawowe składniki są potrzebne do upieczenia ciasta i świadomość, że nie pochodzi ono ze sklepu, ale też bogactwo doświadczeń sensorycznych przy wyrabianiu ciasta rękami, wałkowaniu, zaspokojenie potrzeby przesypywania przy dosypywaniu mąki, przelewania przy dodawaniu wody/oleju/mleka itp. A wszystko jest celowe i na koniec będzie miało łatwo mierzalny efekt w postaci słodkiego smakołyka. Co to za frajda zjeść ciasto przygotowane przez siebie! I poczęstować domowników, czy gości! A jaka duma, kiedy można powiedzieć: Ja wałkowałem! Ja wyrabiałem! Ja układałem owoce!
Dziś ciasto dyniowe. Najprostszy przepis: wrzuć wszystko razem i wymieszaj składniki i do piekarnika. Wszystko wylądowało tym razem w mikserze. I okazało się, że to też może być bardzo pouczające doświadczenie. Dowiadujemy się, że gdy pokrętło miksera jest na 0, to nie pracuje, na MAX kręci się najszybciej, a na MIN najwolniej. A jakie ciekawe jest obserwowanie, jak poszczególne warstwy składników mieszają się. I jak szybko się kręcą! Obserwacja pędzącego w kółko ciasta przywołała skojarzenia z wyścigami samochodowymi. Masa zamienia się w nawierzchnię toru wyścigowego. Na tor wyjeżdża Zygzak Mcqueen, Pan Król i Marek Marucha. Pan Król wysuwa się na prowadzenie. Ale na ogonie siedzi mu Zygzak Mcqueen. Za nimi Marek Marucha, który uderza w Zgbingua (czasem Titi sam wymyśla imiona bohaterów). Proszę Państwa, emocje sięgają zenitu. Przed nami ostatnie okrążenie. I tak! Zyzgak Mcqueen! Wygrał! Wyścig zakończony, można przelać ciasto do foremki i wstawić do piekarnika.
Nie mogę wyjść z podziwu dla dziecięcej wyobraźni, i już nie takie ważne, że została ona tak zdominowana przez postacie z komercyjnego filmu, postacie, w kształcie których produkuje się nawet makaron. Jestem pod wrażeniem zdolności kojarzenia, dostrzegania podobieństw, tam gdzie często my dorośli ich nie dostrzegamy, dokonywania tak nieoczywistych połączeń!
| Przykrywki można użyć także, jako tuby |
sobota, 16 listopada 2013
Układ Słoneczny
Dzisiaj w ramach Kosmicznego Listopada mierzymy się z Układem Słonecznym. Ponownie zaczęliśmy od zanurkowania w książkę. Dowiedzieliśmy się, co to jest Układ Słoneczny, przeczytaliśmy, czym charakteryzują się poszczególne planety i co to jest orbita. Po czym przystąpiliśmy do pracy. Przygotowałam okrągłe przedmioty o różnej średnicy, które Titi odrysowywał. Porównywaliśmy wielkości planet. Określaliśmy, która planeta jest największa, najmniejsza, która jest większa, która mniejsza, a które są podobnych rozmiarów. Kolorowaliśmy. Ciała niebieskie wycięliśmy i przykleiliśmy na czarnym brystolu. Narysowaliśmy orbity. W międzyczasie ułożyliśmy piosenkę, która brzmi mniej więcej tak:
Merkury jest najbliżej Słońca, to najmniejsza z planet.
Dalej jest Wenus, tu jest najgoręcej, ma najwięcej wulkanów.
Trzecia jest Ziemia, na której mieszkamy!
Mars - Czerwona Planeta!
Największy jest Jowisz.
Saturn ma pierścienie i najwięcej księżyców.
Na Uranie jest najzimniej,
Ostatni jest Neptun!
Sam tekst może nie jest najwyższych lotów, ale w połączeniu z linią melodyczną nabiera kolorów i wyrazistości. Oczywiście wszystko naszego wspólnego autorstwa;)
Następnie Titi zaproponował zabawę w przechodzenie po kolejnych planetach (początkowo należało nie stawać na Wenus, aby się nie spalić) - okazało się, że to świetna ścieżka równowagi.
A potem to już była spontaniczna zabawa. Synek zaprosił na wyprawę w kosmos Zygzaka, Złomka i resztę bandy. Oczywiście Matka też uczestniczyła w tych podróżach;). Samochody odwiedzały poszczególne planety, na niektórych po wylądowaniu zapalały im się opony, na innych szczękali z zimna zębami i dygotali na całym ciele, na pozostałych było w w sam raz. Było przy tym dużo radości. Szczególnie trzęsący się z zimna Złomek (czytaj: mama animująca samochodzik) wywoływał salwy śmiechu. Przy okazji spontanicznej zabawy utrwalaliśmy nazwy poszczególnych planet i ich cechy charakterystyczne.
Zabawa okazała się na tyle atrakcyjna, że po powrocie ze spaceru Titi nie domagał się "bajki do oglądania", ale od razu poszybował w kosmos ze swoimi samochodami.
Przygotowałam jeszcze jedną atrakcję. Bardzo zainspirowały mnie działania z różnymi masami, które obserwuję na blogach Play At Home Mom oraz Dzika Jabłoń. Było to dla mnie dużym odkryciem i postanowiłam wypróbować. Przygotowałam wcześniej dwie masy. Do ryżu dodałam niebieską farbę i niebieski brokat, wymieszałam i włożyłam do zamrażalnika. Mąkę zmieszałam z czerwoną, żółtą i różową farbą i czerwonym brokatem, dodałam wody, aby zrobiła się plastyczna masa. Włożyłam ją do worka foliowego i do garnka z gorącą wodą (nie wrzącą, aby worek się nie zniszczył). Początkowo chciałam czerwoną masę podgrzać w piekarniku, ale obawiałam się, czy nie stwardnieje. Te dwie substancje miały przedstawiać opozycyjne planety Wenus (najgorętszą) i Uran (najzimniejszą). Początkowo Titi nie chciał dotknąć czerwonej, bał się, że się oparzy (choć jej temperatura była tylko trochę wyższa od temperatury ciała). Później rozkręciła się zabawa. Na początku nieśmiało, badając i obwąchując nową formę aktywności. Co z tym można zrobić? Jakich przedmiotów użyć? I do czego? A później zaczęło się przesypywanie ryżu do mniejszych kubeczków, formowanie kulek z czerwonej masy i układanie ich na ryżu, niczym wisienki na torcie. Odciskanie przedmiotów w czerwonej masie, wbijanie patyczków. To świetna zabawa stymulująca zmysł dotyku, zarówno za pomocą różnych faktur, jak i temperatury. Pewnie częściej będziemy sięgać po tego typu zabawy.
Zapraszam także do odwiedzenia blogów mam biorących udział w projekcie. Listę znajdziecie u Aneczki, autorki projektu. A za tydzień Planeta Ziemia.
Merkury jest najbliżej Słońca, to najmniejsza z planet.
Dalej jest Wenus, tu jest najgoręcej, ma najwięcej wulkanów.
Trzecia jest Ziemia, na której mieszkamy!
Mars - Czerwona Planeta!
Największy jest Jowisz.
Saturn ma pierścienie i najwięcej księżyców.
Na Uranie jest najzimniej,
Ostatni jest Neptun!
Sam tekst może nie jest najwyższych lotów, ale w połączeniu z linią melodyczną nabiera kolorów i wyrazistości. Oczywiście wszystko naszego wspólnego autorstwa;)
Następnie Titi zaproponował zabawę w przechodzenie po kolejnych planetach (początkowo należało nie stawać na Wenus, aby się nie spalić) - okazało się, że to świetna ścieżka równowagi.
A potem to już była spontaniczna zabawa. Synek zaprosił na wyprawę w kosmos Zygzaka, Złomka i resztę bandy. Oczywiście Matka też uczestniczyła w tych podróżach;). Samochody odwiedzały poszczególne planety, na niektórych po wylądowaniu zapalały im się opony, na innych szczękali z zimna zębami i dygotali na całym ciele, na pozostałych było w w sam raz. Było przy tym dużo radości. Szczególnie trzęsący się z zimna Złomek (czytaj: mama animująca samochodzik) wywoływał salwy śmiechu. Przy okazji spontanicznej zabawy utrwalaliśmy nazwy poszczególnych planet i ich cechy charakterystyczne.
Zabawa okazała się na tyle atrakcyjna, że po powrocie ze spaceru Titi nie domagał się "bajki do oglądania", ale od razu poszybował w kosmos ze swoimi samochodami.
Przygotowałam jeszcze jedną atrakcję. Bardzo zainspirowały mnie działania z różnymi masami, które obserwuję na blogach Play At Home Mom oraz Dzika Jabłoń. Było to dla mnie dużym odkryciem i postanowiłam wypróbować. Przygotowałam wcześniej dwie masy. Do ryżu dodałam niebieską farbę i niebieski brokat, wymieszałam i włożyłam do zamrażalnika. Mąkę zmieszałam z czerwoną, żółtą i różową farbą i czerwonym brokatem, dodałam wody, aby zrobiła się plastyczna masa. Włożyłam ją do worka foliowego i do garnka z gorącą wodą (nie wrzącą, aby worek się nie zniszczył). Początkowo chciałam czerwoną masę podgrzać w piekarniku, ale obawiałam się, czy nie stwardnieje. Te dwie substancje miały przedstawiać opozycyjne planety Wenus (najgorętszą) i Uran (najzimniejszą). Początkowo Titi nie chciał dotknąć czerwonej, bał się, że się oparzy (choć jej temperatura była tylko trochę wyższa od temperatury ciała). Później rozkręciła się zabawa. Na początku nieśmiało, badając i obwąchując nową formę aktywności. Co z tym można zrobić? Jakich przedmiotów użyć? I do czego? A później zaczęło się przesypywanie ryżu do mniejszych kubeczków, formowanie kulek z czerwonej masy i układanie ich na ryżu, niczym wisienki na torcie. Odciskanie przedmiotów w czerwonej masie, wbijanie patyczków. To świetna zabawa stymulująca zmysł dotyku, zarówno za pomocą różnych faktur, jak i temperatury. Pewnie częściej będziemy sięgać po tego typu zabawy.
Zapraszam także do odwiedzenia blogów mam biorących udział w projekcie. Listę znajdziecie u Aneczki, autorki projektu. A za tydzień Planeta Ziemia.
niedziela, 13 października 2013
Radość - liściasta communitas
Słoneczny, jesienny dzień. Wracaliśmy ze spaceru chyba już trzygodzinnego, ale było tak ciepło, światło różnobarwnie grało na liściach, że w cale do domu nam się wracać nie chciało. Zobaczyliśmy złoty dywan z liści pod drzewami. Zaproponowałam Titiemu rzucanie liśćmi. Nie musiałam długo czekać na reakcję:) Szybko dołączyła do nas dziewczynka. Dzieci rzucały się liśćmi, usypywały z nich górkę, a następnie się w nią rzucały. Lądowały a to pupą, a to brzuchem w miękką stertę. Było tarzanie, przysypywanie się liśćmi, walka na liście. Wszystkiemu towarzyszyła wolna, niczym nieskrępowana radość. Tak wielka, że obejmowała całe ciało, po najdalszy koniuszek włosa, czy paznokcia. To także uczta dla zmysłów: dotykanie liści, wdychanie ich zapachu, słuchanie szelestu, bliskość ziemi, propriocepcja.
Banalne, proste, spontaniczne. Niby nie ma o czym pisać, no bo to nie zabawa wymyślona, zaplanowana, zorganizowana. Zwyczajnie być sobą, być w działaniu, być działaniem i emocją. Pozornie proste, ale jak rzadko, nam dorosłym zdarza się tego doświadczać. Chcę mojemu dziecku zaszczepić tą otwartość na świat z jaką można dostrzec kupę liści i zatracić się w zabawie, czystej, budującej, napełniającej. Otwartość pozwalającą płynąć na fali zdarzeń i nie analizować, nie oceniać, nie kreować, nie tworzyć, ale najzwyczajniej w świecie być tu i teraz, być z drugim człowiekiem i być samemu dla siebie, działać, być czystym działaniem.Chcę mu podarować niezależność od wszelkich dóbr materialnych, od wdzierającego się z wielkim impetem konsumpcjonizmu, którym - czasem mam wrażenie - oddychamy.
Rumiane policzki, roześmiane oczy, nowa koleżanka, która nawet nie wiemy, jak miała na imię. Jednorazowe spotkanie, doskonała communitas trwająca tyle, co mrugnięcie powieki. Nie potrzeba imion, lat, dat, miejsca zamieszkania - wystarczy drugi człowiek i zachwycenie się światem.
Banalne, proste, spontaniczne. Niby nie ma o czym pisać, no bo to nie zabawa wymyślona, zaplanowana, zorganizowana. Zwyczajnie być sobą, być w działaniu, być działaniem i emocją. Pozornie proste, ale jak rzadko, nam dorosłym zdarza się tego doświadczać. Chcę mojemu dziecku zaszczepić tą otwartość na świat z jaką można dostrzec kupę liści i zatracić się w zabawie, czystej, budującej, napełniającej. Otwartość pozwalającą płynąć na fali zdarzeń i nie analizować, nie oceniać, nie kreować, nie tworzyć, ale najzwyczajniej w świecie być tu i teraz, być z drugim człowiekiem i być samemu dla siebie, działać, być czystym działaniem.Chcę mu podarować niezależność od wszelkich dóbr materialnych, od wdzierającego się z wielkim impetem konsumpcjonizmu, którym - czasem mam wrażenie - oddychamy.
Rumiane policzki, roześmiane oczy, nowa koleżanka, która nawet nie wiemy, jak miała na imię. Jednorazowe spotkanie, doskonała communitas trwająca tyle, co mrugnięcie powieki. Nie potrzeba imion, lat, dat, miejsca zamieszkania - wystarczy drugi człowiek i zachwycenie się światem.
środa, 18 września 2013
Zielnik
Wakacje u babci to między innymi zabawa w ogródku. Małe rączki
zrywają kolejno listki bazylii, tymianku, cząbru, oregano,
rozmarynu, macierzanki, pietruszki, selera, stewii. Przysuwają do
noska. Głęboki wdech i rozchodzie się cała gama zapachów. Listki
trafiają do buzi. Na języku czuć bogactwo smaków. Jedne są
łagodne, inne ostrzejsze, niektóre przyjemnie smakują, a niektóre
zostają usunięte z buzi przez wyplucie (jak np. stewii – jej
liście są bardzo słodkie i służą do słodzenia napojów, ciast
itp.). Porównujemy zapachy. Dwie odmiany macierzanki, u jednej da
się wyczuć znajomy już aromat. Tak, to cytryna! Rozcieramy zioła
w dłoniach. Badamy ich fakturę. Jedne są miękkie, inne delikatnie
kłujące, jeszcze inne mają twarde łodygi. Na palcach pozostaje
sok. Przystawiamy dłonie do nosa. Wdech. Pachną jak zielnik.
Zbieramy zioła. Będziemy je suszyć. Titiego najbardziej interesuje
posługiwanie się nożykiem przy ścinaniu roślin. Początkowo
trudno chłopczykowi sobie z tym poradzić, nożyk zsuwa się z
roślin i udaje się uciąć jedynie kilka listków. Pokazuję, jak
to robić. Jedna rączka trzyma nożyk, druga łodyżkę. I tniemy.
Radość na twarzy. Titi ścina zioła i wkłada je do koszyczka.
Oczy promienieją dumą. Nabyta kolejna umiejętność.
Po powrocie do domu przygotowuję napar z macierzanki i melisy. Woń
ciepłych napojów unosi się w kuchni. Porównujemy smak zjedzonego
liścia ze smakiem herbatki.
Na papierze rozkładamy zioła. Ususzymy. Ciekawe jak się zmienią?
Kilka dni później porównujemy smaki, zapachy i fakturę ziół
ususzonych i świeżych. Które z nich są bardziej intensywne?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

