Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 października 2015

Fabryka czekolady i cienie wstydu/Emocje pod lupą

Wkłada na głowę czapkę niewidkę i podąża za nami niezauważony przez nikogo. Czasem nas chroni, a innym razem uprzykrza życie. Bohaterem sobotniego spotkania z bajką w Stowarzyszeniu W Stronę Marzeń był Wstyd. Wspólnie z dziećmi zastanawialiśmy się, kiedy się wstydzimy i co się wtedy dzieje z naszym ciałem. Co ważnego ma nam do powiedzenia? Przed czym nas ostrzega? Kiedy chroni nas, pomagając nam się dostosować do sytuacji? A kiedy podcina nam skrzydła? Czy zawsze warto robić to, co dyktuje nam wstyd, czy czasem dobrze jest zostać przy sobie mimo narażenia się na wyśmianie, krytykę ze strony innych. Bajkowa wycieczka do fabryki czekolady dostarczyła nam wielu emocji i pomogła zmierzyć się z trudnymi sytuacjami.

Wstyd często powoduje, że mamy ochotę zniknąć. Szukaliśmy różnych sposobów na zniknięcie. Dzieci tak dobrze się schowały, że została pusta sala. Na szczęście nie na długo. Każdy znalazł sposób na to, aby się pojawić. 

Na koniec robiliśmy talizmany, które mają za zadanie wspierać dzieci i przypominać im, że są wyjątkowe i wartościowe. Praca plastyczna dostarczyła tyle samo frajdy najmłodszym, co ich opiekunom.



 

piątek, 28 marca 2014

Teatralny plac zabaw Jana Dormana

Międzynarodowy Dzień Teatru (27.03.2014) świętowaliśmy wycieczką do Instytutu Teatralnego im. Zbigniewa Raszewskiego, gdzie obejrzeliśmy spektakl Teatralny plac zabaw Jana Dormana.  Była to spontaniczna wyprawa, nie mięliśmy pewności, czy będą jeszcze bilety. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była już spora grupa przedszkolaków, ale nigdzie nie widzieliśmy stolika, przy którym zazwyczaj sprzedawane są bilety. Pani koordynująca widownię była tak miła, że wpuściła nas na spektakl bez biletów. 



Przed wejściem na widownię, każdy otrzymał program w postaci dużej kartki, żółtej lub niebieskiej. Pani pokazała wszystkim, jak wykonać czapkę. Taka czapka na głowie stanowiła bilet wstępu. Dorośli także taki bilet na głowie musieli dzierżyć, w przeciwnym razie nie zostaliby wpuszczeni na spektakl. Kiedy wszyscy byli już gotowi, otworzyły się drzwi i z sali wyszli aktorzy. Poprosili, aby po jednej  stronie ustawiła się grupa żółtych, a po drugiej niebieskich. Na podłodze w holu przed salą teatralną rozciągały się wstążki w odpowiednich kolorach, które prowadziły do przygotowanych na widowni poduszek. Aby dostać się na salę teatralną trzeba przejść pomyślnie test zręcznościowy: przejść pod drewnianym koniem. Jedna grupa usiadła pod jedną ścianą, druga pod drugą, niczym dwa przeciwstawne obozy. Dużym plusem było rozmieszczenie widowni - jeden rząd pod jedną ścianą, drugi pod drugą, dzięki temu nikt nikomu nic nie zasłaniał.

Spektakl rozpoczyna się od wątków Hamleta. Dramat elżbietański w przedstawieniu dla przedszkolaków? Ano tak. To pomysł Jana Dormana (twórcy i pedagoga, który stał się inspiracją dla twórców spektaklu). Rozbrzmiewa: Król nie żyje! Na dwór w Elsynorze przybywają aktorzy. Na scenie stoją dwie duże kaczki na kołach rowerowych. Jedna jest niebieska, a druga żółta. Dwie kaczki i trzech aktorów. Coś Wam to przypomina? Dwoje dzieci i jeden samochodzik, troje dzieci i dwa pieski... Bazą spektaklu jest inspiracja zabawą dziecięcą, a także rywalizacją, czy kłótnią, która może takiej zabawie towarzyszyć.Twoja kaczka jest głupi! Moja kaczka śpi, nie obudź jej, bo jak się obudzi to będzie bardzo zła! Moja kaczka lata, a z góry złość twojej kaczki jest malutka! Aktorzy zamieniają się rolami, zamieniają się kaczkami. Pojawia się admirał, który kapelusz ma z poduszki. Admirał wypowiada wojnę. Jak powstrzymać admirała?
Wpadła bomba do piwnicy... Która godzina? Pękła sprężyna! Hamlet istnieje obok popularnych dziecięcych wyliczanek i rymowanek. Mocno zaakcentowany jest motyw walki i wojny, który obecnie raczej stara się pomijać milczeniem lub kwitować napomnieniem, że nie wolno się bić, że wojna to śmierć i łzy. Ale jakbyśmy się nie starali on i tak przenika dziecięce zabawy. Obserwuję zabawy synka i widzę, że bardzo często to motyw przewodni, jeśli nie bezpośrednia walka, to chociaż rywalizacja. A wydawało mi się, że będę umiała go odizolować. Nie ma wśród swoich zabawek karabinu, czy pistoletu, to za bardzo kłóci się z moim systemem wartości. Jednak nie przeszkadza mu to tworzyć własnych strzelaczy ze wszystkiego, co znajdzie pod ręką: patyka, zwiniętej kartki papieru, opakowania po paście do zębów (przynajmniej wyobraźnia działa). Dwóch aktorów usiłuje powstrzymać admirała przed rozpoczęciem wojny. Odwołują się do jego serca (prawy przedsionek, lewy przedsionek, prawa komora, lewa komora, żyła główna, aorta). Pokazane są dwie przeciwstawne postawy wobec wojny: admirał - chce wojny (rozkłada ołowiane żołnierzyki), pozostali boją się jej, za wszelką cenę chcą jej zapobiec. Dzięki temu dziecko może się skonfrontować z różnymi obliczami wojny (ekspansją oraz strachem i bólem). A wszystko utrzymane jest w konwencji dziecięcej zabawy. Jednak daje się wyczuć powagę sytuacji. Titi, który tak uwielbia bawić się w strzelanie i ciągle chce walczyć, szukał u mnie potwierdzenia, że to przedstawienie, że to na niby i że żadnej wojny nie będzie. Potem głośno krzyczał z innymi dziećmi, żeby admirał odwołał wojnę. 

 Dużym atutem spektaklu są interakcje z dziećmi. Dwie drużyny: niebieskiej i żółtej kaczki także uczestniczą w rywalizacji. Skandują z aktorami i starają się powstrzymać admirała przed rozpoczęciem wojny. 

Ostatnim tematem podjętym przez twórców są marzenia. Pojawia się Pan Jan Dorman. Spełniają się marzenia, dziecięce marzenia, które kiełkują sobie w sercu na dnie.

Jeden z nielicznych spektakli, w którym aktorzy nie udają dzieci, nie są infantylni w swoich działaniach, nie ma niemalże wszechobecnego pitupitu, och! jak ja pokazuję super jak dziecko się boi, och! a teraz pokażę państwu jak się dziecko złości... Mam alergię na takie podejście do spektakli dla dzieci. Fuj! Tutaj młody odbiorca zostaje potraktowany poważnie. Dla mnie jednym z najważniejszych kryteriów jeśli chodzi o grę aktorską jest: Czy wierzę? I na wczorajszym spektaklu wierzyłam we wszystko, co widziałam na scenie. Aktorzy naśladowali dziecięce zachowania i działania,  kiedy odgrywali złość, czułam energię złości, kiedy radość - radości. Chapeau bas!

Scenografia stanowi plac zabaw, mamy podest ze schodami, karuzelę z końmi, dwie wielkie kaczki i dużego drewnianego konia. Wszystko obklejone gazetami i niebieskimi i żółtymi kawałkami papieru. Magiczne w swojej prostocie.

Muzyka wykonywana na żywo szybko wpadała w ucho. Akordeon i bęben. Ale także wybijany stopami rytm.

Piękny spektakl. Bez linearnej struktury, nie ma przyczynowo skutkowej akcji. Wszystko rodzi się przez skojarzenia, czasem luźne, jak to w dziecięcej zabawie.  

Jednak najważniejsza jest ciekawość i zaangażowanie z jaką mali widzowie uczestniczyli w tym wydarzeniu teatralnym.

Inspirując się praktyką Jana Dormana zaproponowałam synkowi, aby narysował to, co mu się najbardziej podobało w spektaklu, co dla niego było najważniejsze. Powtórzymy to jeszcze kilkakrotnie wciągu najbliższego czasu. Dzięki temu zobaczę, co najgłębiej w nim utkwiło, a on będzie miał możliwość samodzielnej interpretacji.

A tutaj mały smaczek:
 reżyseria: Justyna Sobczyk
dramaturgia: Justyna Lipko-Konieczna
scenografia i kostiumy: Justyna Łagowska
projekt lalki: Katarzyna Proniewska-Mazurek
wykonanie lalki: Rafał Budnik
opracowanie muzyczne: Ania Broda
aktorzy:
Monika Babula/Iwona Milerska/Natalia Leszczyńska/Jakub Snochowski/Barbara Songin/Wojciech Stachura
produkcja: Agnieszka Szymańska
tour manager: Justyna Czarnota

niedziela, 27 października 2013

Piłkarz - impresja


Dzisiaj nic odkrywczego, czy nowatorskiego, rzekłabym nawet, że coś dość pospolitego. Chyba jedna z najstarszych i najprostszych zabaw - gra w piłkę. I dlatego chciałabym zwrócić na nią uwagę, podkreślić, że to nie strata czasu, czy pusta rozrywka, no może jedynie zapobiegająca otyłości, czy wspierająca rozwój fizyczny.

Bieganie za piłką. Radość w czystej postaci. Ocenianie odległości, siły z jaką należy kopnąć piłkę, aby doleciała tam gdzie chcemy. Przewidywanie, gdzie piłka kopnięta przez innego gracza poleci i w związku z tym, gdzie ja powinienem/powinnam się znaleźć, jeśli chcę tą piłkę przechwycić - myślenie strategiczne. Reagowanie organiczne, integracja ciała i umysłu. Wyczucie czasu i przestrzeni (mam nadzieję, że to nie będzie nadużycie, jeśli napiszę, że wspieranie rozwoju zmysłu matematycznego). Ćwiczenie równowagi, upadania, nieprzejmowanie się mokrą trawą i brudnymi spodniami - sto procent obecności w działaniu.

Przetrzymywanie piłki - kładzenie się na piłce, jak należy się na niej położyć, aby druga osoba nie mogła jej wyjąć - świadomość ciała. Balansowanie na piłce. Bieg na przód z piłką. Podania do partnera. Kto pierwszy przy piłce! Dotlenienie - ruch na świeżym powietrzu - krew szybciej krąży i wszystkie komórki ciała są lepiej zaopatrzone w tlen. Mecz o zachodzie słońca. Budowanie wzajemnych relacji. Wspólna zabawa, wspólna radość. Wysiłek fizyczny, który pozwala usunąć nagromadzone w ciele napięcia, odreagować emocje. Na kolację pożywna jajecznica - po takim wysiłku smakuje najlepiej. I spokojny, głęboki sen.

niedziela, 8 września 2013

Leśny domek


Też macie czasem potrzebę pokazania swojemu dziecku zabaw, w które się bawiliście, które głęboko wyryły się w Waszej pamięci? Ja miewam. I właśnie dzisiaj, korzystając z pobytu na wsi, zaproponowałam Titiemu budowę szałasu. Lubię aktywności, które nie wymagają żadnych rekwizytów, które się tworzy poprzez bycie w danym otoczeniu i wykorzystywanie jego różnych możliwości. Zabawy, które przekształcają "nic" w "coś". Pokazywanie dziecku alternatywy dla konsumpcjonizmu, lansowanego na każdym kroku przymusu posiadania nowych rzeczy, jako gwaranta szczęścia i dobrej zabawy, wydaje mi się szczególnie cenne.

Najpierw poszliśmy na poszukiwanie dużych i grubych gałęzi, które przytaszczyliśmy na miejsce budowy. Znajdowanie różnego rodzaju patyczków, patyków i sporych gabarytów gałęzi to w zasadzie stały punkt naszych spacerów tych dalszych i tych bliższych ;-). Niektóre były na tyle długie i grube, że trzeba było użyć siekiery. I choć narzędzie budziło duże zainteresowanie Titiego, rąbanie ze względów bezpieczeństwa przypadło mnie w udziale. Z tych gałęzi i patyków zbudowaliśmy szkielet szałasu. Później przyszła pora na pokrycie. W tym celu użyliśmy sekatora (to znów robota dla rodzica), którym ścięliśmy brzozowe gałązki. Następnie ułożyliśmy je na szkielecie tworząc przytulne lokum.
W leśnym domku szybko zadomowił się też współlokator w postaci Izera, który przez cały czas nam asystował.


Po pracy przyszedł czas na posilenie się. Mniam mniam malinki z krzaka.
Przyznam szczerze, że przystępując do zabawy, liczyłam, iż pobudzi wyobraźnię mojego dziecka, tak jak kiedyś moją. Ale tak się nie stało. Największe zainteresowanie wywołały narzędzia i ich zastosowanie. Titi chciał dotknąć, spróbować (wszystko pod czujnym nadzorem). Choć domek nie okazał się magiczny, sprawił dużo radości. Może to po prostu nie ten moment. Cudownie jest obserwować, jak niektóre zabawy rozpalają wyobraźnię niemalże do czerwoności, a inne nie, jak dziecko samo reguluje, co w danym momencie jest ważne dla jego rozwoju. Titi dość szybko znudził się siedzeniem w szałasie i popędził na spotkanie nowej zabawy. A ja chętnie bym sobie w domku leśnym posiedziała, ale niestety się nie mieszczę;-).

czwartek, 5 września 2013

Historia pewnego Zlewozmywaka, czyli druga spontaniczna zabawa rytmiczna





Na pewnej łące, trzy kroki na wschód od Wikłowa i dziesięć kroków na zachód od Widzowa, leżał sobie stary (ale jak się okaże jary), niepotrzebny nikomu Zlewozmywak. Pewnego dnia, bardzo dawno temu, mniej więcej dziś popołudniu przechadzał się tamtędy Król Titi I w towarzystwie swej świty składającej się z Pani Matki oraz dwóch nieustraszonych rycerzy Lolka i Izera. Wtem oczom Jego Wysokości ukazał się Zlewozmywak. Król Titi I natychmiast przystąpił do badania, jakie też dźwięki to cudo wydaje. Kiedy już odkrył różne jego możliwości, przyłączyła się Pani Matka, która doznała nie lada oświecenia. A mianowicie przypomniało jej się, że w zamierzchłych czasach, kiedy sama jeszcze była Jej Wysokością, grywała z wielkim powodzeniem na źdźble trawy. Jego Wysokość nie dość, że grał na instrumencie, to jeszcze Mili Państwo dyrygował tą dwuosobową orkiestrą. A że Pani Matka była dziś ciut niesforna, miał z tym nie mały kłopot. Jednak Jego Wysokość okazał się niezrównanym dyrygentem i udało się osiągnąć harmonię w orkiestrze. Król Titi I nadawał rytm, a Pani Matka odpowiadała tym samym rytmem. Do orkiestry dołączyła się w niedługim czasie wielkiej sławy śpiewaczka operowa, Panna Krowa z pobliskiej łąki, która swym muczeniem uświetniła występ orkiestry.

Szanowni Państwo Jego Wysokość Król Titi I ma zaszczyt zaprosić Państwa na jedyny w swoim rodzaju Koncert Popołudniowy. Przy instrumentach perkusyjnych (jak widać na załączonym wyżej obrazku) Jego Wysokość we Własnej Osobie. Na instrumentach dętych wystąpi przed Państwem Pani Matka (czyli ja). A zaśpiewa dla Państwa, światowej sławy śpiewaczka operowa, Panna Krowa.

Po zakończonym Koncercie Popołudniowym Jego Wysokość przystąpił do dalszej eksploracji instrumentu perkusyjnego, który jak się okazało posiadał niczego sobie dziurę. A czegóż to do tej dziury nie da się wsadzić!




Proszę też, Drodzy Państwo, zwrócić uwagę na kawałek czerwonej cegły znajdujący się w prawym dolnym rogu powyższej fotografii. Jak się okazało świetnie sprawdza się przy malowaniu Zlewozmywaka oraz rury odpływowej.

Tak oto, Kochani Państwo, Zlewozmywak przeżył najwspanialszą w życiu przygodę. A teraz już śpi na łące, z główką na poduszce z rosy, przykryty puchową kołdrą mgieł. 



wtorek, 3 września 2013

Spontaniczna zabawa rytmiczna

Znacie ten stan zmęczenia, kiedy dziecko opanowuje swoista hiperaktywność i zupełny brak chęci na komunikację? Przynajmniej na poziomie zmęczonego po całym dniu rodzica. Nie trudno wtedy o spięcie.  Czasem jednak w zmęczeniu udaje się odnaleźć furtkę, która prowadzi do jakiejś nieznanej krainy. Wracaliśmy późno do domu. Titi był już padnięty, ale ostatnim wysiłkiem woli starał się wymknąć z objęć Morfeusza. Wyraźnie nie miał ochoty na spokojne siedzenie w foteliku, co jasno i głośno (baaardzo) dawał do zrozumienia. W pewnym momencie odwrócił głowę w przeciwną stronę, założył ręce w geście zamknięcia. Zrobiłam to samo. Czekam. Po dłuższej chwili słyszę - hm tu pojawia się problem z zapisem - pppppwww! Wydawany paszczowo dźwięk puszczania bąka (chyba każde dziecko to uwielbia). I nos z powrotem w szybę. Więc ja też pppwww! Mięliśmy niezłą zabawę przez całą drogę do domu. Odgłosy wybrzmiewały rytmicznie, a każde złamanie rytmu wywoływało salwy śmiechu. Stworzyliśmy taką małą, improwizującą orkiestrę pierdzącą. Napięcie i nerwowość zniknęły. A my mimochodem ćwiczyliśmy mięśnie uczestniczące w procesie mowy oraz poczucie rytmu. Czasem wystarczy się otworzyć na sytuację, a rozwiązanie narodzi się samo.