Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa z bajeczką. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawa z bajeczką. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2014

Czy klaun jest wesoły?/Przygody z książką

Cyrk  kojarzy się ze śmiechem, radością, zabawą, światem beztroskim. Co znajdziemy, kiedy zajrzymy pod powierzchnię? Co ukarz się naszym oczom, gdy rozbierzemy go z kolorowych fatałaszków, muzyki, zabawnych gagów? Czy klaun jest zawsze radosny, kiedy się śmieje?



Cyrkowców Marie Desplechin i Emmanuelle Houdart wydawnictwa Format wypatrzyłam na targach książki i z miejsca się w nich zakochałam. Kupiłam, ale jeszcze przez jakiś czas trzymałam w szafie, bo miał to być prezent imieninowy dla Titiego. Uwielbiam książki dla dzieci i nie lada wyzwaniem było dla mnie odczekanie do wyznaczonej daty. Kiedy nadszedł ten moment z niecierpliwością i dreszczykiem patrzyłam jak synek rozpakowuje prezent. Ten moment zawsze budzi we mnie emocje, jakbym to ja miała zostać obdarowana. Najpierw oczywiście jest część wizualna, Titi obejrzał obrazki, a są po prostu cudowne! poetyckie! Wreszcie przystąpiliśmy do lektury (zazwyczaj zerkam wcześniej do książki, ale ta była zafoliowana). W pierwszej chwili poczułam niepokój, czy aby na pewno mu się podoba, coś mi się zaczęło wydawać, że go trochę nudzi, a może też budzi lęk, bo pierwsza opowieść dotyczyła bliźniaczek syjamskich. I nie myliłam się. Pojawiły się wątpliwości, czy to, aby na pewno książka odpowiednia dla pięciolatka. Opis wesela: (...) suknia zwiędła [zrobiona była z koronki, do której poprzyszywane były żywe kwiaty i płatki]. Wymięte płatki zaczynały odpadać, a przez szparki w koronce można było zobaczyć śliczne ciało mojej małżonki. Potem uświadomiłam sobie, że dzieci nie czytają jeszcze takich podtekstów i że to bardzo subtelny i delikatny opis. Zrobiliśmy też drugie podejście, które okazało się dużo lepsze od poprzedniego.

Czytając książkę przenosimy się w przedziwny świat, poznajemy ludzi, jakich większość z nas nie spotyka w codziennym życiu. Cyrkowcy to istny gabinet osobliwości, znajdziemy w nim siostry syjamskie, Jacka Wielką Głowę, Syrenę - dziewczynę ze zrośniętymi nogami, kobietę z brodą, maleńką kobietę, Kolosa i wiele innych postaci. Każdy rozdział poświęcony jest jednej osobie, pokrótce przedstawiając jej historię i  numer cyrkowy. Spotykamy się z narracją pierwszoosobową, narrator nie jest wszechwiedzący, ale stanowi integralną część prezentowanego przez siebie świata. Na końcu poznajemy także jego tożsamość i historię. Bohaterzy tej książki to w znacznej mierze, ludzie ułomni, posiadający jakąś wadę, która poza światem cyrku, może wywoływać w społeczeństwie śmiech i izolację tych jednostek. Ale cyrkowcy biorą życie za bary i swoje braki przetwarzają w walory. Ich numery mają liczną publiczność i cieszą się wielkim powodzeniem. 







Cyrkowcy mogą stać się punktem wyjścia do rozmowy o inności i tolerancji. Podjęłam taką próbę, choć nie do końca (mam poczucie) udaną. Zapytałam Titiego, czy zna kogoś, kto miałby taką bardzo wielką głowę. Nie.  Pytam zatem dalej, czy jego zdaniem łatwo jest takiemu komuś żyć, czy może inni mogą się z niego śmiać z powodu tej wielkiej głowy. Mogą się śmiać. A czy jak ktoś ma zrośnięte nogi, to łatwo mu się jest poruszać? Iść do sklepu? Nie. Chciałam temat pociągnąć dalej i podsunąć, że bohaterzy książki, choć mięli różne niedoskonałości, wykorzystali je w taki sposób, aby zrobić z tego atut. Ale liście w parku... i można je pozbierać... i dać koleżance z przedszkola... gdzie ja się pcham z moim filozofowaniem. Z drugiej strony jednak myślę, że nawet jeśli to wszystko nie zostało przez nas nazwane, to i tak się odkłada, nie znika. Taka jest też rola opowieści, że nie hasło: możesz przekuć swoje niedoskonałości w atuty!, ale opowiedzenie historii. 

Pomysłów na warsztat było kilka, ostatecznie zwyciężyła zabawa spontaniczna. Wymyślona na przystanku, między myślą o przygotowywaniu kolacji, a rozmową z Titim, jak było w przedszkolu. 

I. Najpierw naśladowaliśmy postacie z książki. Użyliśmy w tym celu to, co akurat było pod ręką.
1. Jack Wielka Głowa - potrzebne wielkie pudło (u nas po pieluchach). Zakładamy na głowę. Kupa śmiechu!
2. Syrena - rajstopy. Obwiązujemy sobie stopy i sprawdzamy, jak możemy się poruszać. Okazało się, że podskoki ze związanymi nogami są całkiem zabawne, można też urządzić wyścig. Ścigaliśmy się, ja dodatkowo z małym na rękach, co mu się bardzo podobało. Śmiechu było dużo. I ja też miałam z tego frajdę, choć trochę się zmęczyłam. Polecam zabawę w deszczowe dni, kiedy szaleństwa na dworze odpadają, a dzieciaki chodzą po ścianach, bo nie mają jak spożytkować energii.
3. Siostry syjamskie - związujemy sobie nogi razem i próbujemy iść. To już nie jest takie proste, bo trzeba się słuchać nawzajem, więc wracamy do Syren. Pewnie jeszcze zrobimy to ćwiczenie, bo fajne na rytm, kontakt z drugim człowiekiem i słuchanie.
4. Żongler - skarpetki zwinięte w kulkę, choć w książce były maciupkie sukieneczki,ale jak by nie było jedno i drugie stanowi element garderoby. Początkowo ćwiczenie wywoływało frustrację u Titiego - nie udawało mu się złapać skarpetek. Zatrzymaliśmy się. Pokazałam mu, jak powoli podrzucać do góry, nie za wysoko i łapać. Było lepiej, udawało się już złapać. Ćwiczyliśmy przy okazji koordynację oko ręka, ocenianie odległości. Następnie zaproponowałam, że będziemy rzucać do siebie nawzajem. Dodałam kolejny element, który zrodził się bardzo organicznie (żonglerka emocjonalna). Rzucając do partnera mówimy jakąś emocję, albo uczucie i osoba, która złapie skarpetki, pokazuje. Dzięki temu utrwalamy sobie ich nazwy, wyrabiamy organiczność (zadanie polega na natychmiastowej reakcji - nie może być ona z poziomu umysłu, ale ciała). Titi szybko zaczął dodawać czynności, pojawiły się też żywioły i w końcowym etapie wszystko, co przychodziło nam do głowy. Titiemu najbardziej podobało się zadanie: Nie myłem się i śmierdzę! Powtarzaliśmy je kilkakrotnie, na zmianę. 


II. Wycieczka do cyrku. 
Skoro już tyle o tych cyrkowcach przeczytaliśmy warto by było zobaczyć jakiś spektakl na żywo. Niedaleko nas na błoniach Stadionu Narodowego rozbił swój namiot Cirque du Soleil. Bilety drogie masakrycznie, ale słysząc zachwyty znajomych nad ich show, wybraliśmy się. I warto było! 
Zasiedliśmy w fotelach, a przed naszymi oczami rozegrało się istne show barw, akrobacji, klaunady. Całość spięta klamrą: klaun puszczający latawiec. Dostaje on przesyłkę, w której jest pudło, a w nim kukiełka pajacyka... I wtedy wszystko się zaczyna. Pajacyk okazuje się być  triksterem, alter ego bohatera (o czym świadczyłyby kostiumy, pierwszy ma workowaty strój w poziome paski, drugi - garnitur szyty na miarę w paski pionowe, w tej samej kolorystyce), który wyczarowuje przed nim magiczny świat, pełen dziwów i cudowności. Emocje są pobudzane przez cały spektakl, śmiejemy się prawie bez przerwy, ja tylko czasem boję się, czy ktoś nie zleci, wiele akrobacji wykonywanych jest bez zabezpieczenia. Ale w finale łezka wzruszenia zakręciła mi się w oku. Dla mnie mistrzostwo świata. Po całości na najwyższych obrotach, wyhamowanie, gest sympatii, czułość, wzruszenie, radość taka spokojna, wyciszona, uwewnętrzniona (nie śmiech rubaszny).
Całość trwała dość długo, około dwóch i pół godziny, w tym z półgodzinną przerwą, ale Titi był tak pochłonięty tym, co dzieje się na scenie, że nie odczuwał znużenia. Zachwyceni byliśmy oboje. I jest to dla mnie jeden z najistotniejszych wyznaczników. Artyści w pełni profesjonalni, przedstawienie dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Ich ciała podobnie, jak cyrkowców z książki były niecodzienne, ale na innej płaszczyźnie. O ile tam w dużej mierze mięliśmy do czynienia z brakiem, anomalią, tak tutaj spotykamy się z pozacodziennym wytrenowaniem.  Titiemu najbardziej utkwił w pamięci sikający pies (aktor w kostiumie psa, w tym cyrku nie ma zwierząt, co dla mnie też jest ważne). 

Po wizycie w cyrku Titi wykonał portrety artystów, którzy najbardziej utkwili mu w pamięci. 




Poniżej Cyrkowcy w obiektywie synka.



Dzisiejszy wpis powstał w ramach zabawy 
 
KLIK 
Aby zobaczyć, co przygotowały inne rodzinki, wystarczy jeden KLIK. A my zapraszamy już za dwa tygodnie 29 października.

poniedziałek, 29 września 2014

II edycja DNW: Teatrzyk o Królu, Syrence i Bazyliszku, rzecz się dzieje na Błoniach Kamionkowskich

Kiedy zgłosiliśmy się do II edycji Dziecka na warsztat, byliśmy na przedłużonych wakacjach u dziadka na wsi. Tak bardzo zapaliliśmy się do pracy, że z rozpędu zaczęliśmy badać okolice, w których w tamtym czasie się znajdowaliśmy. Dzisiejszy warsztat dotyczy właśnie środowiska lokalnego, a jego tematem przewodnim jest: legenda / opowieść / historyjka / bajka.



II edycja DNW
 1. Wycieczka
Wybraliśmy się Kruszyny, celem był tamtejszy pałacyk. Jechaliśmy w ciemno. Od lat bowiem teren pałacu i przylegającego parku był ogrodzony i nic nie dało się zobaczyć. Na miejscu czekała na nas niespodzianka. Brama była otwarta na oścież. Widniały na niej, co prawda tabliczki Zły pies i Wstęp wzbroniony. Przez dłuższą chwilę staliśmy na progu i wahała się: wchodzić / nie wchodzić. W oddali widać było robotników. Ciekawość jednak zwyciężyła. Przeszliśmy główną aleją w stronę wejścia. Nad nami wysoko górowały korony drzew. A przy pałacu praca wre. Zagadnęliśmy jednego z pracowników. Okazało się, że zmienił się właściciel, który chce wyremontować pałacyk, że pewnie będzie tu jakaś restauracja, może muzeum i że wreszcie będzie można go zwiedzać. Nareszcie, bo od wielu lat to raczej ruina nie pałac. Wszystko zostało zdewastowane rozkradzione, nawet zdobienia elewacji wokół okien. A w swojej przeszłości był jednym z ważniejszych punktów na mapie Polski. Zbudowany w stylu barokowym, jako siedziba warowna przez Kacpra Denhofa. Gościli w nim nawet królowie, Władysław IV Waza, Jan Kazimierz, tutaj także odbyły się uroczystości weselne po ślubie Michała Korybuta Wiśniowieckiego z Eleonorą Marią, córką cesarza austriackiego Leopolda I, a Jan III Sobieski przyjmował posłów austriackich proszących o odsiecz. Na terenie obiektu znajduje się Kaplica Sobieskiego. 
Źródło
Źródło

I jak to z pałacami zazwyczaj bywa jest też legenda - bardzo smutna i tragiczna. O tym jak syn Kacpra Denhofa zakochał się w wiejskiej dziewczynie, ale jego ojciec nie pochwalał związku syna, który ponoć odrzucał dwórki, które ponoć miała mu podsuwać królowa. Aby uniknąć mezaliansu, Denhof zlecił podpalenie domu dziewczyny, która spłonęła. Zrozpaczony syn targnął się na swoje życie. Inna wersja mówi, że zastrzelił go własny ojciec, gdyż wziął go za ojca dziewczyny spieszącego z zemstą. Potem przez wiele lat pokutował, w skład zespołu pałacowego wchodzi Pustelnia Denhofa. A w połowie drogi pomiędzy Kruszyną, a Borownem (wieś, z której pochodziła dziewczyna) w szczerym polu stoi i niszczeje kolumna z piaskowca (wzniesiona przez Denhofa). 
Zdjęcie robione z samochodu, Titi nie chciał wysiąść.

Smutno, że takie obiekty w Polsce niszczeją, że nikt o to nie dba.

2. Warszawa - wierszyki
Po przyjeździe do Warszawy zajęliśmy się naszym podwórkiem. 

W kosmosie jest taka planeta, co się nazywa Ziemia.
A na Ziemi jest taki kontynent, co się nazywa Europa.
A w Europie jest taki kraj, co się nazywa Polska.
A w Polsce jest takie miasto, co się nazywa Warszawa.
A w Warszawie jest taka dzielnica, co się nazywa Praga.
A na Pradze jest taka dzielnica, co się nazywa Grochów. 
A na Grochowie jest taka ulica, co się nazywa Międzyborska.
A na Międzyborskiej jest taki dom, w którym mieszka Titi.

Wierszyk szkatułkowy porządkuje nam pojęcia, czasem Titiemu zdarza się powiedzieć, że skoro Polska leży w Europie, to Europa w Polsce. 


Drugie opowiadanie przybliża historię Parku Skaryszewskim, który jest celem licznych naszych spacerów. Mówiąc go angażowaliśmy też ciało. Poszczególnym słowom, lub zdaniom odpowiadały określone gesty.

Dawno, dawno temu Kamionek nie był osiedlem (dłonie obok siebie, wnętrzem do góry) 
i nie przynależał do Warszawy. (dłonie rozdzielają się) 
Był wsią o nazwie Kamień. (jedna ręka do góry, zaciśnięta w pięść, jak kamień)
Wieś Kamień leżała po prawej stronie (prawa ręka pokazuje prawą stronę)  Wisły, (obie ręce pokazują płynącą rzekę)
kto chciał się przeprawić na Solec, stąd właśnie wyruszał łodzią. (jedna dłoń tworzy łódź, druga pasażera, ręce wykonują ruchy, jakby łódka płynęła przez fale)
Pewnego razu, gdy w Polsce zapanowało bezkrólewie, na łąki Kamienia (ręce zataczają łuki od środka na zewnątrz, pokazując obszerne łąki) 
zjechali panowie szlachta (całe ciało jedzie konno, lub same palce np. po blacie stołu)
aby spośród kandydatów wybrać króla. (ręce pokazują koronę na słowie: króla)
Królem został Francuz Henryk Walezy. (ręce pokazują koronę na głowie)
Wiele lat minęło. (obszerny ruch rąk)
Wieś Kamień włączono do Warszawy (jedna dłoń zaciśnięta w pięść otwiera się i łączy się z drugą dłonią, wnętrzem do góry) 
i tak powstała dzielnica Kamionek. 
Na łąkach Skaryszewa posadzono drzewa i krzewy (dłonie sadzą)
zrobiono wodne kanały (dłonie pokazują kanały)
i tak powstał Park Skaryszewski, do którego dziś chodzimy na spacery i plac zabaw. (dłonie tuptają paluszkami)

Ku mojemu zaskoczeniu opowiadania stworzone przeze mnie w akcie radosnej twórczości bardzo się Titiemu spodobały i teraz często prosi mnie, aby mu opowiedzieć. Wspólnie pokazujemy gesty i jest przy tym sporo śmiechu. 

3. Czytamy 
Sięgnęliśmy po książkę mojego dzieciństwa, którą przywiozłam jakiś czas temu od mojej babci, Legendę o tarczy i mieczu Hanny Łochockiej, wydanej w serii Poczytaj mi mamo. Książeczka budzi wspomnienia, na pierwszej stronie widnieje wpis od mojej wychowawczyni z zerówki. Przeczytaliśmy także Legendę o warszawskim Bazyliszku Wandy Chotomskiej.

4. Teatrzyk
 Na koniec postanowiliśmy wystawić sztukę teatralną, w dużej mierze improwizowaną. Stworzyliśmy aktorów. Titi rysował i ozdabiał bohaterów spektaklu. Ja wycinałam i usztywniałam naklejając na tekturę. Następnie przyklejaliśmy postacie do butelek wypełnionych wodą, żeby były bardziej stabilne. Oto oni:

Król Henryk Walezy
Ma taką minę, bo wie, że ma wrogów.

Szlachcianka
Szlachcic
Jest smutny i płacze, bo nie został wybrany królem.

Szlachcic
Ma usta ułożone w dzióbek, bo dmuch z niezadowolenia. Też chciał zostać królem.

Rycerz

Jest uśmiechnięty, bo lubi być wesoły.

Syrenka
Bazyliszek
 Bazyliszek zyskał dodatkowe właściwości. Nie zamieniał ludzi w kamień spojrzeniem, ale kąsał. Jeśli ukąsił raz, człowiek zamieniał się w wiadro, które przecieka. Jeśli ukąsił bardzo szybko dwa razy, zamieniał się w przeciekające wiadro, a wieczorem w kamień i tak w kółko.

Scenografia
Te czarne kółka to kopce krecie.

Muzyka
 


Skrócona fabuła spektaklu przedstawia się mniej więcej tak:
 
Na łąki Kamienia przybywają szlachcice, by wybrać nowego króla. Zostaje nim Henryk Walezy. Wszyscy dają mu prezenty. Ale na uroczystości koronacji pojawia się jeszcze ktoś: Bazyliszek. Czy uda mu się obalić króla i jego dwór? Z pomocą przychodzi Syrenka Warszawska.










Oto blogi biorące udział w projekcie. Zobaczcie sami, jak z tematem środowiska lokalnego zmierzyły się inne rodzinki!  




środa, 16 kwietnia 2014

Australia - W 7 bajek dookoła świata



U podnóża góry Uluru jest jaskinia. Spotykają się tam ludzie, aby słuchać opowieści. Palą wtedy ognisko. Dawno, dawno temu, kiedy wszystkie stworzenia były braćmi i siostrami, dwóch chłopców Mala (Kangur) oraz Liru (Wąż) bawili się gliną. - Ulepmy zamek - zawołał Mala. Zaczęli zbierać błotnistą ziemię na kupkę. Liru zagarnął swoim ogonem trochę ziemi i ulepił z niej kulkę. Fuuuuuuuch! Bach! Trafił Malego w ucho. Kangur zakrzyknął - A masz! - i rzucił glinianą kulką prosto w wężowy ogon. Obaj pękali ze śmiechu. Zabawa okazała się bardzo  przyjemna. Zmęczeni i roześmiani chłopcy leżeli w błocie, cali brudni. - Chodźmy się umyć - zaproponował Liru. Ruszyli w kierunku wody, pozostawiając za sobą bezkształtny kopczyk z gliny - niedokończony zamek.

Nieopodal bawiła się Kandju, mała, czerwona jaszczurka. Trzymała w łapkach bumerang. Sprawdzała, jak daleko poleci. Zrobiła zamach i ... czukczukczukczuk. Bumerang wzbił się do góry i spadł prawie pod nogami Kandju. Jaszczurka podniosła go  i powtórnie zrobiła zamach. Czuczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczuk!  Bumerang poleciał bardzo daleko aż Kandju prawie straciła go z oczu, po czym wrócił i chaps! Kandju złapała go w łapki. Rzuciła bumerang ponownie. Czukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczuk! Bumerang poszybował daleko, daleko zawrócił i wpadł prosto w gliniany kopczyk usypany przez Malego i Liru. Kandju popędziła w tamtą stronę, ale bumerangu nigdzie nie było widać. Zmartwiła się bardzo! - Gdzie mój bumerang? Czy Ty też się martwisz, kiedy zginie Twoja ulubiona zabawka? Jak myślisz, co Kandju powinna teraz zrobić, żeby znaleźć bumerang? (miejsce na pomysły dziecka) Pomożesz jej przekopać kopiec? 

Łapka prawa, łapka lewa
kop, kop, kop.
Wyrzuć ziemię
w lewo, w prawo
kop, kop, kop.
I bumerang odnajdź hop!

Wykopała już wielką dziurę i.. nic. Pobiegła w inne miejsce.

Łapka prawa...

Poczuła pod łapkami coś drewnianego. Ucieszyła  się, że znalazła swój bumerang. Lecz kiedy wyciągnęła go z ziemi okazało się, że to tylko kawałek korzenia. Spróbowała dalej w innym miejscu.

Łapka prawa...

Tak udało nam się. Kandju  znalazła swój bumerang! Hura! W miejscu, gdzie szukała bumerangu do dziś widać szczeliny na górze Uluru.
 
Tłem dla naszej opowieści była znaleziona w internecie muzyka aborygeńska. Poznajemy didgeridoo - tradycyjny aborygeński instrument.
Nie udało mi się dotrzeć do bajek z rejonu Australii i Oceanii, które by mnie zachwyciły. Niestety w pobliskich bibliotekach pustki. Postanowiłam zatem ułożyć opowieść wykorzystując znalezione informacje na temat wierzeń Aborygenów. Efektem tego jest powyższa bajka, która zakłada interakcje z dzieckiem (np. wspólne skandowanie, kiedy Kandju szuka bumerangu). Założyłam sobie, że wspólnym elementem wszystkich historii prezentowanych w tym cyklu będzie słowo mówione. Dużo czytamy i chciałabym, aby ten projekt zainicjował u nas opowiadanie, które często wymaga dużo większego zaangażowania opowiadającego, ale też otwiera pewne możliwości, jak użycie ciała. Pozwala na dostosowanie historii do potrzeb słuchaczy. Opowiadaliśmy bajkę kilkakrotnie, zdarzało się, że Kandju szukała zguby nawet siedem razy i zamiast bumerangu znajdowała przeróżne rzeczy: kość kangura, kawałek skały... a wszystkiemu towarzyszyła zabawa, bo wszystkie te przedmioty odgrywała noga Titiego, którą ja w roli Kandju z każdym razem wyciągałam z błotnistej góry. Było przy tym dużo śmiechu, jak również przy rzucaniu błotnistymi kulkami, do którego Titi także się zaangażował.

U nas szaleje choroba i niestety nie udało nam się zrealizować wszystkich zamierzonych pomysłów (pewnie pojawią się przy innej okazji). Widzę, że Titiemu trudno się skupić, więc minimum zadaniowo-zabawowe. Pokazaliśmy sobie Australię i Oceanię na globusie i na mapach. Oglądaliśmy zdjęcia zwierząt i roślin występujących na tych terenach. Oglądaliśmy filmy przyrodnicze. Podziwialiśmy malarstwo Aborygenów. I spróbowaliśmy podobnie. Wykorzystaliśmy do tego znalezioną przy okazji jakiegoś spaceru korę, na której za pomocą kropek malowaliśmy zwierzątka (taki był plan). Titiemu jednak nie bardzo odpowiadał kropkowy sposób malowania. Ale dzieło na korze mamy. 




Odrysowałam na tekturze litery, tworząc napis: Australia. Przy okazji powiedzieliśmy sobie, że nazwy piszemy zawsze z dużej litery. No i dość długo wyjaśnialiśmy, że piszemy: "Australia", nie "Ałstralia". Napis pomalowaliśmy.  





I w zasadzie zrobiliśmy tylko tyle. Czując niedosyt, a z drugiej strony nie chcąc naciskać na dziecko, które źle się czuje, wpadłam na pomysł, dość przypadkowo. Pozostaliśmy tematyce malowania za pomocą kropek. Postanowiłam, że zrobimy takie dzieło, które później skonsumujemy (niezbyt zdrowe). Przygotowaliśmy ciasto na batony owsiane, wyłożyłam nim blachę. Następnie wysypałam na talerz, kupione wcześniej, kolorowe draże. To był szał! Titi podzielił je według kolorów, a następnie przystąpił do dzieła. Wykonał jaszczurkę, mnie przypadło ułożenie pytona zielonego, a na koniec powstał samochód emitujący spaliny (akcent współczesnego świata). Dzieło zostało dość szybko skonsumowane ;-).



Za tydzień Azja, a tymczasem zapraszamy do odwiedzenia stron mam biorących udział w projekcie:

 

piątek, 21 lutego 2014

Brokatowy zamek Króla Zimy

Za inspirację do zabawy posłużyła nam książka Zimowa wyprawa Ollego autorstwa Elsy Beskow. Zachwycił nas baśniowy świat szwedzkich lasów.
Źródło
 Postanowiliśmy zatem wyczarować nasz własny, w kartonie. Użyliśmy do tego watę, której miękkość przypominała puchaty, świeży śnieg; folię aluminiową, gładką i błyszczącą niczym lód; srebrne cekiny w kształcie gwiazdek, które mieniły się niczym wzory malowane przez mróz na szybach. Ach! pamiętam te kwiaty na oknach w babcinej kuchni i na ganku. Chciałam je pokazać synkowi, ale tak trudno je obecnie znaleźć "na żywo".Titiemu zabawa bardzo się podobała, aczkolwiek zmodyfikował mój pierwotny zamysł, aby ograniczyć się do wykorzystania jedynie kolorów kojarzących się z zimą i użył wszystkich brokatów, jakie udało mu się znaleźć. W każdym razie było błyszcząco.





Zrobiliśmy nawet opady śniegu. Do małego sitka nasypaliśmy brokatu, który oprószył naszą krainę niczym płatki śniegu. 






Przy okazji określaliśmy, co przeleci przez otworki w sitku, czyli jest od nich mniejsze (gwiazdki okazały się za duże).





Znaleziony kawałek gąbki posłużył jako tron Króla Zimy, który udekorowany został ostrużynami z temperówki (autorski pomysł synka :-)). 

Światło cudownie gra w brokatowych komnatach. To istna uczta dla wzroku. Ożywienie i rozświetlenie jeszcze przydługich zimowych wieczorów. 

Kiedy prace budowlane i dekoratorskie zostały ukończone wprowadzili się mieszkańcy: Król Zimy i jego wierny towarzysz, Wuj Szron. W role te wcieliły się najbliżej znajdujące się przedmioty: sitko i mazak. Nocami zamek nawiedzany  był przez duchy - tu przydały się stare i wysłużone już naklejki z Myszką Miki. I tak zaczęła się tworzyć zupełnie inna historia...