Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą natura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 września 2014

Kasztanowa kąpiel


Chorujemy! Trzy dni przedszkola po przedłużonych wakacjach i coś się przypałętało. A miało być tak pięknie! No ale zanim zakatarzone nosy rozkichały się po domu na dobre, udało mi się nazbierać wielki wór kasztanów w drodze do przedszkola po Titiego. Plan był taki, że wracając dozbieramy razem więcej, ale dziecko nie czuło się najlepiej. Na szczęście okazało się, że kasztanów jest całkiem sporo, bo umyśliłam sobie zrobić chłopakom kasztanową kąpiel. 

Wsypaliśmy wszystkie kasztany do miski i zaczęła się zabawa! Niesamowite wrażenia sensoryczne! Można stopy zanurzyć w kasztanach (np. przy pisaniu posta:-), bardzo relaksujące!), można całemu wejść do miski i posadzić na kasztanach swoje szanowne cztery litery, można się wzajemnie kasztanami masować, przesypywać, wyrzucać z miski, wkładać do kubeczków (dla 9,5 miesięczniaka ćwiczenie koordynacji oko ręka), wrzucić do butelki tworząc grzechotkę, albo wypełnić nimi skarpetkę, można też nimi nakarmić mamę (jedna z ulubionych zabaw młodszego synka). Starszemu ustawiłam wiadro, do którego celował rzuty z odległości. Młodszy uwielbia wchodzić do kasztanowej kąpieli. Zazwyczaj różne atrakcje nudzą mu się po kilku minutach, a kasztany już trzy dni budzą jego niesłabnące zainteresowanie. Od kilku dni kasztany są stałym krajobrazem naszego domu. Początkowo obawiałam się, czy po pięciu minutach nie będą wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinny być. Umówiliśmy się, że kasztany mogą być tylko w misce i SĄ. Starszy bardzo tego przestrzega.Ciąg dalszy kasztanowych opowieści nastąpi. 


środa, 17 września 2014

Zmysły i labirynty wyobraźni

Przedłużyliśmy sobie wakacje, dodatkowe dwa tygodnie obcowania z naturą przed powrotem do dużego miasta, przed obowiązkami już przygotowania do pierwszej klasy. Słońce uraczyło nas swymi wrześniowymi promieniami, choć już nie tak upalnymi, jak latem. Wybraliśmy się na poszukiwanie skarbów. Dla starszego zabawa poruszająca wyobraźnię, bo oto żołędzie, szyszki, kamyki i inne znaleziska przemieniają się w drogocenne klejnoty, dla młodszego (9,5 miesiąca) prawdziwa uczta sensoryczna, dotyk, smak (bo wszystko w buzi lądowało), zapach, wzrok, słuch. Koncentracja sięgnęła zenitu. 


 Pod czujnym okiem nie ma obawy, że dziecko się zadławi, a ćwiczenie małej motoryki i koncentracji - bezcenne! 



Jak sobie poradzić z dużym gabarytem, który nie mieści się w dłoni?
Kiedy już uzbieraliśmy pełen koszyk i inwencja w swobodnej zabawie się wyczerpała, zaproponowałam zadanie/zabawę. Na białej kartce papieru ułożyłam kilka naszych znalezisk i poprosiłam Titiego, aby coś do tego dorysował. Fascynują mnie książki Iwony Chmielewskiej i to one zainspirowały mnie do tego działania. O książkach będzie więcej, ale o tym później. Oto, co powstało.
Titi narysował Labirynt Arktyczny z przeszkodami, które trzeba ominąć, a jak ktoś na nie stanie, to będzie troszeczkę zachory, zanim karetka przyjedzie, to będzie zdrowy. 
 
 Na powyższym zdjęciu widać jaskinię ośmiornicy, w której jest ogień i ogień pod wodą.
Tutaj widzimy skałę, na której można odpocząć. 

Wyobraźnia tak się rozbujała, że synek poprosił, bym mu ułożyła jeszcze jedną planszę. I tak powstał Labirynt Wysp Bisikuf.
Tym razem oprócz narysowania trasy kredką, zrobiliśmy jeszcze wodospad z plasteliny i plastelinowe ludziki, które szybko zyskały miano Jasia i Małgosi. No a skoro Jaś i Małgosia, to nie może zabraknąć przecież przeokrutnej Baby Jagi na miotle. 


W naszej wersji tej popularnej baśni, najbardziej poturbowana okazała się Baba Jaga, którą (jak widać na powyższej fotografii) wciąż masakrował waleczny Jaś. W chwilach, kiedy czarownica nie była przygniatana ani nikt nie urywał jej głowy, bohaterowie opowieści poruszali się po obu labiryntach, gdzie odpoczywali, kąpali się w wodospadzie, czy zjadali lentilki z drzewka przed domem Baby Jagi. 

Zachwyca mnie przekształcanie przez dzieci, różnych zasłyszanych, zobaczonych, doświadczonych treści, manipulowanie nimi, a przez to oswajanie i poznawanie otaczającego świata i odnajdywanie siebie w tym świecie.




środa, 23 kwietnia 2014

Śladami sztuk walki - W 7 bajek dookoła świata: Azja



Wyruszamy w podróż do Azji, zaproszeni do zabawy przez autorkę bloga Projekt: Człowiek. Poznajemy kolejne kontynenty i opowiadamy bajkę związaną z danym regionem.

Dzisiaj opowiadamy siedząc na pomoście, gapiąc się w wodę w poszukiwaniu ryb i własnego odbicia i robiąc rybom lany poniedziałek:

 

Dawno, dawno temu żyła sobie córka mistrza z klasztoru Shaolin, którą ojciec szkolił od najmłodszych lat. Pewnego razu dziewczyna wyprała prześcieradło, a ponieważ było słonecznie, rozłożyła je na trawie, aby szybciej przeschło. Zajęła się innymi czynnościami. Poszła sprawdzić, czy prześcieradło jest już suche. Naraz zobaczyła żurawia drepczącego sobie w najlepsze po bielutkim, świeżo wypranym prześcieradle. A prześcieradło nie było już śnieżnobiałe, ale upstrzone odciskami żurawich łap. Dziewczyna wybiegła z krzykiem. - A poszedł mi stąd! Won! A kysz! - Ale żuraw nic sobie nie robił z krzyków dziewczyny. I nadal dostojnie przechadzał się po prześcieradle. Niewiele myśląc dziewczyna rzuciła się do ataku. Fuch! Fuch! Fuch! Zastosowała wszystkie znane jej techniki walki. Żuraw jedynie zamachał skrzydłami, ale nie odleciał. Doskonale unikał każdego jej ciosu. Dziewczyna wzięła miotłę i zamachnęła się na ptaszysko. Żuraw znów machnął skrzydłami i odskoczył. Wysiłki dziewczyny spełzły na niczym. Zła, sfrustrowana i smutna przyjęła do wiadomości swoją porażkę. Rozpłakała się! Jak to ona, córka mistrza, która wiele lat strawiła na zgłębianiu tajników sztuk walki nie potrafi przepędzić przerośniętego ptaszyska?! Przepłakała pół nocy. Ojciec milczący siedział przy niej i głaskał ją po plecach. W końcu sen ukoił jej łzy. Rano obudziła się rześka i pełna energii. - Wiem, co zrobię! - Pędem pobiegła po zabrudzone prześcieradło, rozłożyła je na trawie. Wyraźnie widoczne były ślady walki pomiędzy nią, a żurawiem. Przez kolejne lata pilnie studiowała ich zapis na tkaninie. Opracowała styl Białego Żurawia. Pewnego razu, kiedy podróżowali banda zbójców zagrodziła im drogę. - Oddajcie nam swój dobytek, w przeciwnym razie damy wam nauczkę. - I zaczęli wymachiwać mieczami. Dziewczyna zrobiła kilka uników. Fuch, fuch! Wykonała kilka ciosów i obezwładniła napastników. Od tej pory stała się bardzo sławną mistrzynią, do której przybywali liczni wojownicy pragnący zgłębić tajniki jej sztuki.

Powyższa opowieść jest udramatyzowaną przeze mnie legendą opowiadającą początki stylu Białego Żurawia Południowego Shaolinu.

Temat Azji podjęliśmy dość nietypowo. Znaleźliśmy na Mapach kontynent. Zapoznaliśmy się z florą i fauną tamtego regionu ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt niebezpiecznych, które zafascynowały Titiego. Podążając za zamiłowaniem syna do wszelkich form walki, postanowiłam, że poznając Azję podążymy także tym tropem. Zaczęliśmy od Kerali. Opowiedzieliśmy historię jej powstania, jak to Paraśurama rzucił siekierę do morza, a odkryty w ten sposób pas lądu stał się nową krainą. Jej bogactwo stanowią palmy kokosowe, od których kraina ta otrzymała swoją nazwę (kera - kokos w języku malajalam).  Paraśurama wyszkolił wojowników, którzy mięli strzec tej ziemi. Wiele lat później Bodhidharma wyruszył z południowych Indii na północ aż dotarł do klasztoru położonego wysoko w górach. Mieszkający tam mnisi byli wycieńczeni trudnymi warunkami środowiska naturalnego, a w czasie medytacji często przysypiali. Widząc to Bodhidharma postanowił nauczyć ich ćwiczeń fizycznych i zaczął szkolić ich w kunszcie wojownika. Napadani, co jakiś czas przez okolicznych rzezimieszków mnisi byli do tej pory bezbronni. Jednak pewnego razu w czasie jednej z takich napaści, jeden z mnichów wyskoczył z kijem na atakujących i ich pokonał... To wszystko sobie opowiadaliśmy, jednak najbardziej spodobała się Titiemu opowieść o żurawiu i dziewczynie. 

Pozostając w temacie sztuk walki i wykorzystując nasz pobyt na wsi u dziadka użyliśmy do naszych zabaw drabinę. Za inspirację posłużyła opowieść o stylu białego żurawia oraz indyjska sztuka walki kalarippajattu (oglądaliśmy w internecie krótkie filmiki). Położyliśmy ją na trawie i wykonywaliśmy różne ćwiczenia. Bieg pomiędzy szczeblami, bieg na palcach po szczeblach, przejście po zewnętrznej krawędzi, jak po równoważni, różnego rodzaju skoki i przeskoki, krok na szczebel - kolano do góry - krok na szczebel..., krok na szczebel - kolano - kopnięcie - krok na szczebel. To super ćwiczenie na równowagę.  Początkowo to ja wymyślałam ćwiczenia, ale kiedy brakło mi już pomysłów synek dzielnie mnie zastąpił i to on pokazywał mi ćwiczenia, które ja później powtarzałam. 






Później podnieśliśmy drabinę i Titi przechodził pomiędzy szczeblami. A następnie nad szczeblami.




Dość spontanicznie narodził się pomysł wbijania gwoździ, którego efektem jest łóżko fakira.Dobre ćwiczenie na ćwiczenie koordynacji oko-ręka.




Oglądaliśmy kwiatowe dywany, pukalam, układane w Kerali w czasie festiwalu Onam. Postanowiliśmy zrobić podobny, ale okazało się, że to trochę nudne zajęcie, więc ukończenie dzieła przypadło Mamie. 






Destrukcja Titiemu najbardziej się spodobała.

 


Azję poznawaliśmy też przy okazji innych zabaw:

Wzrok
Wzrok

Tańce równowagi
Tańce równowagi
Za tydzień wyruszymy do Afryki, a tymczasem zobaczcie, jak poznawały Azję inne mamy wraz ze swoimi pociechami:

 

sobota, 8 lutego 2014

Zmysłowa uczta na bosaka

Czasem tak bywa, że zabawa się nie klei, że trochę nudno, trochę smutno, a energia siada. Wtedy dobrze zrobić coś troszkę szalonego, spontanicznego, niecodziennego, orzeźwiającego. Tak było dzisiaj. Poszliśmy na górkę pozjeżdżać, wykorzystać śnieg zanim się stopi (bo czy spadnie jeszcze w tym roku - nie wiadomo). No ale ileż można zjeżdżać z górki na pazurki. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł: słońce przygrzewało, śniegu sporo, w niektórych miejscach jeszcze piękny, puchaty i mówię do synka: Chodź, coś zrobimy! Błysk w oku, co też ta Matka wymyśliła! Idzie za mną i pyta i ciągnie za język, a ja milczę. W końcu mówię: Siadaj i zdejmuj buty! Dziecko nie wie, czy Matka oszalała, ale się śmieje i zdejmuje buty, ja zdejmuję swoje. Ale zimne! Brrrr... Radość i śmiech i energia i krew szybciej krąży. Zakładamy skarpety i buty. Po chwili czujemy, jak stopy nagrzewają się, są gorące. Jakaż to uczta dla zmysłów! Temperatura, faktura! Receptory na stopach szaleją! W domu ciepła herbata z imbirem i cynamonem i rumiane policzki i uśmiech i radość i bliskość. 

 

środa, 6 listopada 2013

Jesienna fregata


Jesienny wieczór, długi, kiedy wcześnie zapada zmrok. Siadamy i łupiemy orzechy przywiezione od prababci. Nie mamy dziadka do orzechów, ale Titi sprawnie posługuje się już moździerzem i nie potrzebuje pomocy w obieraniu. Ciepłe światło rozprasza ciemność wdzierającą się przez okno. Spontanicznie budujemy okręty, niczym łódeczka pana Maluśkiewicza, którą wybrał się w podróż poszukując wieloryba. Maszt robimy z wykałaczek, przymocowujemy go za pomocą plasteliny do skorupki. Na maszcie montujemy żagle z pałętających się po balkonie liści. Orzechy włoskie - dziś uczta nie tylko dla podniebienia, ale także dla małych paluszków, które ćwiczą motorykę.

Produkcja wre. Nie powstydziłaby się jej żadna szanująca się stocznia.
W efekcie mamy kilkanaście łódek. Przed nami wodowanie. Czy fregata przejdzie pomyślnie próbę? O dziwo dziś nie ma najmniejszego problemu z wysłaniem Konstruktora do mycia :) Towarzyszy mu kilkanaście statków własnej produkcji.
Już w czasie spuszczania łajb na wodę szalał sztorm. Fale sięgały czubków masztów. Łódki szły na dno szybko niczym kamienie. Następnie były wyławiane, z zęz usuwano wodę  i ponownie wodowano.
Testowane były wielokrotnie. Zawsze z tym samym skutkiem, no ale morze w tym rejonie takie niespokojne. Po gruntownym sprawdzeniu każdej łajby, Konstruktor przekwalifikował się na Nurka i w okularach pływackich schodził na dno w okolicy, w która pochłonęła tyle fregat.



niedziela, 13 października 2013

Radość - liściasta communitas

Słoneczny, jesienny dzień. Wracaliśmy ze spaceru chyba już trzygodzinnego, ale było tak ciepło, światło różnobarwnie grało na liściach, że w cale do domu nam się wracać nie chciało. Zobaczyliśmy złoty dywan z liści pod drzewami. Zaproponowałam Titiemu rzucanie liśćmi. Nie musiałam długo czekać na reakcję:) Szybko dołączyła do nas dziewczynka. Dzieci rzucały się liśćmi, usypywały z nich górkę, a następnie się w nią rzucały. Lądowały a to pupą, a to brzuchem w miękką stertę. Było tarzanie, przysypywanie się liśćmi, walka na liście. Wszystkiemu towarzyszyła wolna, niczym nieskrępowana radość. Tak wielka, że obejmowała całe ciało, po najdalszy koniuszek włosa, czy paznokcia.  To także uczta dla zmysłów: dotykanie liści, wdychanie ich zapachu, słuchanie szelestu, bliskość ziemi, propriocepcja.
Banalne, proste, spontaniczne. Niby nie ma o czym pisać, no bo to nie zabawa wymyślona, zaplanowana, zorganizowana. Zwyczajnie być sobą, być w działaniu, być działaniem i emocją. Pozornie proste, ale jak rzadko, nam dorosłym zdarza się tego doświadczać. Chcę mojemu dziecku zaszczepić tą otwartość na świat z jaką można dostrzec kupę liści i zatracić się w zabawie, czystej, budującej, napełniającej. Otwartość pozwalającą płynąć na fali zdarzeń i nie analizować, nie oceniać, nie kreować, nie tworzyć, ale najzwyczajniej w świecie być tu i teraz, być z drugim człowiekiem i być samemu dla siebie, działać, być czystym działaniem.Chcę mu podarować niezależność od wszelkich dóbr materialnych, od wdzierającego się z wielkim impetem konsumpcjonizmu, którym - czasem mam wrażenie - oddychamy.
 Rumiane policzki, roześmiane oczy, nowa koleżanka, która nawet nie wiemy, jak miała na imię. Jednorazowe spotkanie, doskonała communitas trwająca tyle, co mrugnięcie powieki. Nie potrzeba imion, lat, dat, miejsca zamieszkania - wystarczy drugi człowiek i zachwycenie się światem.


środa, 18 września 2013

Zielnik


Wakacje u babci to między innymi zabawa w ogródku. Małe rączki zrywają kolejno listki bazylii, tymianku, cząbru, oregano, rozmarynu, macierzanki, pietruszki, selera, stewii. Przysuwają do noska. Głęboki wdech i rozchodzie się cała gama zapachów. Listki trafiają do buzi. Na języku czuć bogactwo smaków. Jedne są łagodne, inne ostrzejsze, niektóre przyjemnie smakują, a niektóre zostają usunięte z buzi przez wyplucie (jak np. stewii – jej liście są bardzo słodkie i służą do słodzenia napojów, ciast itp.). Porównujemy zapachy. Dwie odmiany macierzanki, u jednej da się wyczuć znajomy już aromat. Tak, to cytryna! Rozcieramy zioła w dłoniach. Badamy ich fakturę. Jedne są miękkie, inne delikatnie kłujące, jeszcze inne mają twarde łodygi. Na palcach pozostaje sok. Przystawiamy dłonie do nosa. Wdech. Pachną jak zielnik.


Zbieramy zioła. Będziemy je suszyć. Titiego najbardziej interesuje posługiwanie się nożykiem przy ścinaniu roślin. Początkowo trudno chłopczykowi sobie z tym poradzić, nożyk zsuwa się z roślin i udaje się uciąć jedynie kilka listków. Pokazuję, jak to robić. Jedna rączka trzyma nożyk, druga łodyżkę. I tniemy. Radość na twarzy. Titi ścina zioła i wkłada je do koszyczka. Oczy promienieją dumą. Nabyta kolejna umiejętność.

Po powrocie do domu przygotowuję napar z macierzanki i melisy. Woń ciepłych napojów unosi się w kuchni. Porównujemy smak zjedzonego liścia ze smakiem herbatki.




Na papierze rozkładamy zioła. Ususzymy. Ciekawe jak się zmienią? 

Kilka dni później porównujemy smaki, zapachy i fakturę ziół ususzonych i świeżych. Które z nich są bardziej intensywne?