Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje montessoriańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inspiracje montessoriańskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 kwietnia 2014

Antarktyda - W 7 bajek dookoła świata

Bierzemy udział w nowym projekcie blogowym W 7 bajek dookoła świata! Trochę spóźnieni, bo dołączamy już po zapowiedziach, ale pełni entuzjazmu i w gotowości. Do projektu zaprosiła nas autorka bloga Projekt: Człowiek. Przez kolejne tygodnie będziemy prezentować bajki z różnych stron świata. 

Harmonogram zabawy: 
16.04 - Australia i Oceania
23.04 - Azja
30.04 - Afryka
07.05 - Europa
14.05 - Ameryka Północna
21.05 - Ameryka Południowa

Dziś przedsmak naszej podróży dookoła świata  - Antarktyda, najmniej zbadany kontynent. Jako, że niezamieszkana przez człowieka Antarktyda nie posiada tradycyjnych legend, zaczęliśmy od krótkiej bajeczki o zdobyciu bieguna południowego przez Roalda Amudsena.


Titiemu tak się spodobała, że czytaliśmy ją w kółko po wielokroć. Pewnie znacie serię książek Czytam sobie, wspierającą naukę czytania. Dosłownie czytaliśmy do upadłego. Synek nazywał poszczególne głoski w wyrazach, zaczęły mu się mylić d z r, o z p... w pewnym momencie zobaczyłam, że on już ma zamknięte oczy, że mówi przez sen. Nie doczytaliśmy do końca, Titi powiedział, że jest zmęczony i chce się już położyć do łóżka! Pierwszy raz coś takiego usłyszałam z jego ust! 

Zrobiliśmy lodową zabawę sensoryczną, do miski z zimną wodą wrzuciłam kostki lodu, jedną partię zafarbowałam na niebiesko (do wody wrzuciłam niebieską krepinę, po zafarbowaniu przelałam do pojemnika na lód). Sprawdzaliśmy, czy lód jest cięższy od wody, potem Titi wrzucał do miski kolejne przedmioty i obserwowaliśmy, co pójdzie na dno, a co będzie pływać. W zabawie uczestniczył także czteromiesięczny Mamojad. Włożyłam mu do rączki kostkę lodu, którą badał z wielkim zainteresowaniem. Zabawa z lodem cieszyła się wielkim powodzeniem, przygotowałam też Titiemu kąpiel z kostkami lodu, które, niestety, w ciepłej wodzie szybko się rozpuściły.





Titi postanowił przeprowadzić także własny eksperyment, który cały czas trwa. Wlał do kubka wodę i włożył do zamrażalnika, następnego dnia nasypał do tego różnych przypraw i z powrotem włożył zamrażalnika swój eliksir.

Inspirując się kartami montessoriańskimi i przy braku odpowiedniego sprzętu, przygotowałam dla synka zdjęcia zwierząt wraz z podpisami w laptopie oraz wydrukowałam same nazwy. Zadanie polegało na dopasowaniu podpisów do fotografii. Aby było bardziej przejrzyste, dorobiłam numerację.


Bardzo nam się spodobała opieka pingwinów nad jajeczkiem, a później nad pisklakiem. Wychodząc naprzeciw potrzebie ruchu dziecka, zaproponowałam zabawę, w przenoszenie jaja. Początkowo naszym jajem był kokos, ale okazało się, że dla małych stópek jest za duży. Próbowaliśmy z różnymi małymi maskotkami, ale wszystko okazywało się za duże. Sprawdziła się skarpetka pożyczona od Mamojada, do której włożyłam drewniany klocek - to było jajo idealne! Przetransportowanie jaja z punktu A do punktu B wymaga specjalnego ułożenia stóp, które powinny być blisko siebie, a palce zadarte do góry. Zabawa obudziła w Titim instynkt ojcowski: A kiedy ja będę miał dziecko? Jest malusi i trzeba się nim opiekować.


Zapraszamy do odwiedzenia stron mam biorących udział w projekcie:

sobota, 22 lutego 2014

Brudne dziecko, szczęśliwe dziecko

Znacie to powiedzenie: Brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko? U nas dzisiaj pełnia szczęścia. A zaczęło się tak niewinnie. Od ćwiczenia szlaczków. Do drewnianej tacki nasypałam soli i poprosiłam Titiego, aby paluszkiem narysował przygotowane uprzednio przeze mnie wzory szlaczków (inspiracja pedagogiką Montessori). Zadanie bardzo mu się spodobało i ciągle prosił o więcej nowych propozycji. W końcu jednak kopiowanie szlaczków mu się znudziło i przejął inicjatywę w zabawie. Postanowił pokolorować sól. Wylał na tackę żółtą farbkę i poprosił o pędzelki i wodę w słoikach. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, woda ze słoików została wylana do tacek. Spojrzałam na to z lekkim przerażeniem, czy za chwilę nie zacznie przeciekać woda przez szpary w drewnianej (a właściwie sklejkowej) tacce. Ku mojemu zdziwieniu nic takiego się nie stało. Musiałam się za to nieźle powstrzymywać, aby nie przerwać zabawy. Udało się. Twórczość małego ekspresjonisty nabrała rozmachu. W tacce zrobiło się istne bajoro. Kolory wymieszały się tworząc nieciekawą breję. Nic w zasięgu ręki twórcy się nie ostało. W ciapie lądowały kolejno pojemniczki po farbach, pudełka, nie ocalały także rysowane przeze mnie na paskach papieru szlaczki, które umoczone w brei, wyciśnięte i poskręcane utworzyły bukiet. Mały ekspresjonista był w swoim żywiole, radość malująca się na buzi, okrzyki i wybuchy śmiechu warte były sprzątania, którego wcale nie było tak dużo, jak się pierwotnie spodziewałam. Najgorszy jest ten lęk, że się nabrudzi, i uwewnętrznione przekonanie, że wszystko trzeba robić tak, aby zachować czystość wokół siebie. Uczymy się oboje, Titi rozwija swoją kreatywność, uczy się słuchać wewnętrznego impulsu, który tak często jest zabijany, ja konfrontuje się ze swoimi schematami postępowania.






środa, 27 listopada 2013

Kosmiczne czytanie

Płynąc na fali synowskiego zainteresowania kosmosem i literkami oraz mojej inspiracji pedagogiką Montessori, przygotowałam dwa zestawy słownictwa. Pierwszy zawierał nazwy planet, drugi wyrazy, które pojawiły się w trakcie rozmów o kosmosie. Wzorowałam się na montessoriańskim materiale językowym. Z barku dostępnych w zasięgu ręki odpowiednich kart, zaproponowałam Titiemu swoją wersję. Wydrukowałam nazwy planet w trzech zestawach, dwa takiej samej wielkości i jeden większy (do przyklejenia na naszym Układzie Słonecznym, który zawisł na honorowym miejscu w naszym domu). Nie mając odpowiednich zdjęć poszczególnych planet, wykorzystałam fotografię zamieszczoną w książce i przy każdej planecie umieściłam podpis. Zadanie Titiego polegało na odnalezieniu tychże nazw rozłożonych na podłodze i odpowiednie ich przyporządkowanie, a następnie przyklejenie dużych napisów na naszej planszy. Chociaż synek nie potrafi jeszcze samodzielnie składać liter w wyrazy okazuje się, że powieszona plansza z podpisami służy pomocą, kiedy chce sobie przypomnieć nazwę, którejś z planet znajdujących się za Jowiszem. Po rozpoznaniu pierwszej literki przypomina sobie całą nazwę.

Stworzyliśmy też swoje karty, synek robił rysunki, a ja wydrukowałam podpisy w dwóch egzemplarzach. Jeden został umieszczony pod obrazkami, a  drugi na oddzielnych karteczkach. Jak w poprzednim ćwiczeniu należy dopasować podpisy. Zarówno samodzielne przygotowywanie ilustracji, jak i wykonywanie zadania spotkało się z dużym entuzjazmem i satysfakcją.




 Prezentowane tutaj ćwiczenia są naszą kontynuacją zabawy Kosmiczny Listopad: 
Kosmiczny ekspresjonizm
Układ Słoneczny
Planeta Ziemia.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Dodawanie i co z tego wynikło...

Starając się wyjść na przeciw synowskiej fascynacji liczbami przygotowałam zabawę matematyczną. Już od jakiegoś czasu chciałam podjąć ten temat, ale jakoś nie było pomysłu. Próbowałam wcześniej zadań typu: do cyfry przyporządkuj odpowiednią ilość elementów, ale szybko okazało się to nudne. Postanowiłam zatem podnieść poprzeczkę i przejść do liczenia. Zmierzyliśmy się z dodawaniem. I muszę przyznać, że nie okazało się dla Titiego tak atrakcyjne, jak przypuszczałam. Ale po kolei. Wycięłam z kartonu kwadraty, na których napisałam cyfry (0-9), trzy komplety, aby można było zestawiać je w liczby. Przygotowałam też znaki + i =.
 Kartoniki spotkały się z dużym zainteresowaniem. Titi od razu zaczął je układać.

Następnie przygotowałam przedmioty do liczenia: orzechy, nakrętki i guziki.
Zadaniem synka było wybranie dwóch cyfr i umieszczenie pod nimi odpowiedniej liczby przedmiotów, a następnie policzenie ile ich jest razem.


 Liczenie nie nastręczyło zbytnich trudności, ale też nie spotkało się z wielkim entuzjazmem. Początkowo Titiemu trudno było zrozumieć, o co chodzi z liczeniem wszystkiego, myślę, że bardziej czytelne byłoby wsypywanie do poszczególnych pojemniczków odpowiedniej ilości elementów, a następnie przesypywanie z dwóch oddzielnych do jednego wspólnego, wysypanie i przeliczenie. 

Jak zazwyczaj zakończyło się radosną twórczością. I tak powstały portrety wszystkich członków rodziny:)
Tata, Mama, Titi i Maluszek
 Ku mojemu zaskoczeniu, wieczorem synek zapytał, czy jutro też będzie mógł sobie poukładać:)
 

sobota, 23 listopada 2013

Planeta Ziemia

Źródło zdjęcia
 Bierzemy na warsztat naszą planetę - Ziemię. Temat rzeka, wiele pomysłów, a mało czasu - tylko niektóre udało nam się zrealizować. Pewnie powrócimy jeszcze do tematu. Było bardziej zabawowo niż naukowo. Najpierw doświadczaliśmy grawitacji. W czasie spaceru Titi podrzucał piłkę do góry i obserwował, czy spadnie, czy odleci w kosmos, czy może się zatrzyma. Zawsze spadała. Doświadczenie okazało się dla niego bardzo interesujące, bo od tej pory na każdym spacerze podrzuca piłkę, a kiedy ona spadnie mówi: To jest grawitacja. Sprawdzaliśmy też, co się stanie kiedy podskoczymy, albo czy uda nam się przejść choć kilka kroków w powietrzu.

Chciałam pokazać Titiemu ruch Ziemi wokół Słońca i wokół własnej osi. W tym celu zaproponowałam wykonanie modeli z masy solnej. W dwóch osobnych miskach przygotowaliśmy potrzebne składniki dodając odpowiednio dla Ziemi zaparzoną kawę i kurkumę dla Słońca. Wyrabianie ciasta okazało się dość nudne i wykończenie spadło na mnie. Ale kiedy masy były gotowe zaczęła się zabawa. Najpierw ulepiliśmy dwie kule: żółtą i brązową. Wtedy Titi poprosił, abym przyniosła mu Wenus i Urana (masy z poprzedniego tygodnia, które schowałam na później). Jak się okazało z mojego planu zrobienia modeli i utwardzenia ich w piekarniku niewiele zostało. Synek zaczął odciskać na Słońcu i Ziemi różne kształty, dodawał dwie pozostałe masy, mieszał, a w końcu doszło do Wielkiej Katastrofy - Słońce zderzyło się z Ziemią i ją pochłonęło. Poddałam się temu naturalnemu strumieniowi, tej potrzebie ugniatania, odciskania, tworzenia nowych kształtów. Dostarczyłam też rekwizytów, które wzbogaciły zabawę: nakrętki, foremki zwierzątek, pojemniczki, łyżki, piórka, patyczki... Wyraz skupienia na malutkiej twarzy był dla mnie znakiem, że dobrze zrobiłam podążając za, a nie upierając się przy swoim. Oto efekty:




Projekt: Planeta Ziemia podejście drugie. I tym razem pomocna okazała się piłka. Wzięłam lampkę, piłkę i zaprosiłam synka do ciemnej łazienki. Zaświeciłam lampkę, która na czas doświadczenia stała się Słońcem (ważne, aby lampka świeciła dookoła. Początkowo wzięłam inną i kiedy Ziemia, czyli piłka była za lampką Titi mówił, że to noc, choć tłumaczyłam, że wyobrażamy sobie, że lampka świeci dookoła. Kiedy zmieniłam lampkę wszystko stało się jasne.), wzięłam do rąk piłkę. Zapytałam Titiego, gdzie jest jasno, a gdzie ciemno, wyjaśniając, że tam gdzie jasno to jest dzień, a gdzie ciemno - noc. Bardzo mu się to spodobało, później sam animował Ziemię, wykonując także ruch wokół Słońca. Chciałam jeszcze poruszyć temat pór roku, ale już nam nie starczyło czasu.

Obejrzeliśmy filmik przedstawiający refleksy naszej planety pochodzące z filmu Samsara. Podziwialiśmy różnorodność Ziemi w pigułce.



Zrobiliśmy sobie dwa eksperymenty. Pierwszy miał się odwoływać do wulkanu. Bazowałam na najprostszym skojarzeniu, coś się wylewa. Użyliśmy butelki po wodzie mineralnej, octu, sody, kurkumy, czerwonego brokatu i lejka. Do butelki Titi nalał ocet (ćwiczymy przy okazji precyzję), dosypał kurkumę i brokat. Ocet szybko się zabarwił. Wtedy zaczął dosypywać sodę. Zawartość butelki zaczęła buzować. Wśród licznych okrzyków radości piana piętrzyła się i wspinała w górę aż poczęła się wylewać. Okazało się, że to świetna okazja do przelewania.




Drugi eksperyment nawiązywał do lodowca. Zamroziłam w wodzie różne przedmioty: nakrętki, żołędzia, kasztana, szyszkę, piórka, zabawki, itp. Zadanie polegało na uwolnieniu zamrożonych rzeczy. Titi próbował ręką wyrwać poszczególne elementy, ale ani drgnęły. Za pomocą uderzania drewnianą łyżką oraz ciepłą wodą. Ostatni sposób okazał się najbardziej skuteczny. Było dużo śmiechu i zabawy w polewanie, odrywanie przedmiotów, które znacznie już się odmroziły. Przy okazji mówiliśmy, gdzie na naszej planecie jest najzimniej.


Przy pracy Titi ułożył sobie taką oto mruczankę:

Lej! Lej! Ciepłej wody!
Jeszcze! Jeszcze! Ciepłej wody!
Więcej! Więcej! Ciepłej wody!
Więcej! Więcej! Zimnej wody!

Testowaliśmy też, jak działa na lód zimna woda.

Przeczytaliśmy kilka książek, ale nie wszystkie zdążyliśmy przepracować.

Dzisiejszy wpis został zrealizowany w ramach projektu Kosmiczny listopad, zainicjowanego przez Aneczkę. Zachęcam też do odwiedzenia blogów innych mam biorących udział w projekcie, lista dostępna u autorki projektu. A tak bawiliśmy się kosmicznie:
Kosmiczny ekspresjonizm
Układ Słoneczny

sobota, 9 listopada 2013

Kosmiczny ekspresjonizm


Bierzemy udział w kolejnym projekcie międzyblogowym Kosmiczny Listopad (bawimy się w każdą sobotę listopada) zorganizowanym przez autorkę bloga Z dziećmi, dla dzieci, o dzieciach. Temat dzisiejszego wpisu to Podróż w kosmos.
Do zagadnienia podeszliśmy dość poważnie, zaczęliśmy od lektury, czytaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia. Widzieliśmy też kilka filmów na YouTube - Titiemu najbardziej spodobał się, pokazujący start rakiety. Oglądał z wypiekami na twarzy. Ile ognia i dymu! Obserwował jak rakieta oddala się od Ziemi i robi się coraz mniejsza i mniejsza. Stało się to inspiracją do spontanicznej twórczości i tak powstała rakieta z guzików oraz rysunek, który synek sam powiesił sobie nad łóżkiem.

Rakieta lecąca na księżyc
Ćwiczyliśmy też czytanie, utrwalaliśmy literki i wprowadziliśmy małe litery. Wycięłam je z karbowanego papieru (inspirując się szorstkimi literami Montessori), a Titi przyklejał na kolorowe kartoniki. Z tyłu każdej małej litery jest napisana drukowana.

Podążając za fascynacją mojego czterolatka, postanowiłam, że zbudujemy dużą rakietę. Najpierw udaliśmy się do sklepu w celu zdobycia potrzebnych materiałów, czyli kartonów, które przytaszczyliśmy do domu. Kartony porozcinaliśmy i posklejaliśmy - to raczej robota dla dorosłego. Synek pomagał mi posklejać kartony - okazało się, że rozwijanie taśmy też może stanowić pewną trudność. Titi, którego najbardziej zafascynował ogień, wymyślił płomienie, które zrobił sam. Użył do tego swoich zakładek i poprzyklejał je na dole, w miejscu, gdzie znajdują się silniki.
Kiedy szkielet rakiety był już gotowy, Titi zaprojektował okna, które wycięłam nożykiem. Z plastikowych toreb wycięliśmy szyby i wmontowaliśmy je w okna.

Przymocowaliśmy też półeczkę z mniejszego kartonu. W moim założeniu miała stać się pulpitem nawigacyjnym, ale Titi stwierdził, że to będzie ubikacja i tak już zostało. Kiedy czytaliśmy o Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, jedną z rzeczy, które go najbardziej zainteresowały było jedzenie i toaleta właśnie. W czasie zabawy wielokrotnie korzystał ze swojej "nowej" ubikacji.
Ta biała "półeczka" to właśnie ubikacja:)
Tym razem postawiłam na plastykę. Przygotowałam cztery plastikowe miseczki, do których nałożyłam farbę do malowania palcami i cztery kawałki gąbki (po jednym do każdego koloru). Wybierając narzędzie malarskie inspirowałam się Montessori. Zadanie polegało na pomalowaniu rakiety. Zabawa przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Ale po kolei. Najpierw maczaliśmy gąbkę w farbie i przyciskaliśmy do ścian pojazdu, później malowaliśmy ruchami posuwistymi. Zwracaliśmy też uwagę na fakturę gąbki, która z jednej strony była bardziej szorstka, z drugiej miękka i jednolita.


A tu pomalowana toaleta:)



Zabawa szybko pochłonęła uwagę Titiego i popłynęła własnym torem. Synek zaczął mieszać kolory, tworząc nowe odcienie i barwy, zrezygnował z używania gąbki na rzecz rąk. I tu już zaczął się istny kosmos! Action painting jak się patrzy! Był śmiech, śpiew, taniec, rozmowy w wymyślonym języku. Wszystko to stało się narzędziem twórczym. Szaleliśmy ramię w ramię. Body painting! Wysmarowane brzuchy i plecy. Dużo krzyku i pisku. Przepychanki. Wszystko w atmosferze radości, śmiechu wydobywającego się gdzieś z dołu brzucha, wzajemnej walki. Dziełem była już nie tylko rakieta, ale też nasze ciała. Przyznam szczerze, że sama popłynęłam na fali tej energii, spontaniczności. Dawno tak się beztrosko nie bawiłam z synkiem. Na chwilę sama zamieniłam się w dziecko.


Po zabawie było mycie i wspólne sprzątanie.

Do zabawy potrzebne będzie:
  • kartony (koszt 0zł),
  • nożyczki,
  • taśma klejąca - gruba,
  • ostry nożyk, lub skalpel,
  • farby do malowania palcami (w Tesco znalazłam tańsze),
  • plastikowe miseczki na farby (my użyliśmy kubeczków po śmietanie itp.),
  • gąbka,
  • ubrania, które można wybrudzić,
  • dobry humor!
Przy tej zabawie sama się czegoś nauczyłam. Odkryłam w sobie dziecko. W niektórych momentach łapałam się na chęci powiedzenia: Uważaj, bo wybrudzisz. Zlokalizowałam tego dorosłego, zawsze praktycznego i pozwoliłam sobie najzwyczajniej w świecie go olać. Za ileś lat Titi (mam nadzieję) będzie zbierał owoce tej zabawy. Chciałabym, aby czasem umiał się odciąć od nakazów i zakazów wewnętrznego rodzica (oczywiście w sposób niekrzywdzący jego, ani nikogo innego, nie niszczący niczego) i po prostu poddać się strumieniowi radości płynącemu z wnętrza (nie mylić z płytkimi przyjemnościami).