Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2016

"Bracia Lwie Serce"/Przygody z książką 4

Wspólne czytanie to dla mnie także powroty do dzieciństwa, tak było w przypadku Braci Lwie Serce Astrid Lindgren. Pamiętam, jak Babcia czytała mi o przygodach Sucharka i Jonatana. Niektóre obrazy zapisały się w mojej pamięci, inne wniknęły głębiej w podświadomość, co odkryłam dopiero teraz, czytając ją razem z Tymiankiem. Synek słuchał z wypiekami na twarzy i przyznam, że ja również. Czytaliśmy do późnych godzin wieczornych, zdecydowanie za późnych...

Nie jest to jednak łatwa i przyjemna lektura. Przez cały czas trzyma w napięci. Nawet gdy wydawałoby się, że bohaterowie znaleźli chwilę wytchnienia, czuć na plecach niebezpieczeństwo, czyhające za najbliższym kamieniem.

To baśniowa opowieść o lęku przed śmiercią, o poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co jest po śmierci; o odwadze, która nie jest równoznaczna z nieodczuwaniem strachu, ale z działaniem pomimo niego. Dla mnie to również historia o wojnie; o tym, że nie ma wygranych, wszyscy są przegrani. Każdy traci bliskich. Wojna powoduje zniszczenia, których nie sposób naprawić i zadaje rany, których nie można zaleczyć. Walka nawet zwieńczona zwycięstwem, nie jest powrotem do czasu sprzed, ale początkiem długiej i żmudnej pracy.

Jonatan doprowadził do uwolnienia mieszkańców Doliny Dzikich Róż od krwiożerczego smoka, jednak został liźnięty ogniem Katli. A rany zadane przez nią zabijały lub okaleczały na całe życie. U chłopaka spowodowały stopniową utratę władzy i czucia w ciele.

Książka kończy się dość kontrowersyjnie: chłopcy chcą udać się do Nangilimy, krainy wiecznej szczęśliwości. Przeniesienie się tam wymaga od Sucharka wiele odwagi, bierze brata na plecy i skacze z nim w przepaść. Zbijają się, choć nie jest to powiedziane wprost. Przyznam, że dziwnie było mi to czytać Tymiankowi. Wizja innego, lepszego świata wiecznej szczęśliwości została odmalowana na tyle kusząco i sugestywnie, że przyćmiła i odsunęła na dalszy plan zgliszcza pozostawione przez wojnę. Bracia Lwie Serce odsuwają się od tego świata, nie chcą się dłużej mierzyć z jego tragediami, pragną spokoju, miejsca, w którym przy ognisku opowiada się inne bajki.

Ta baśniowa powieść została napisana w 1973 roku (28 lat po II Wojnie Światowej)). Osobiście odnajduję w niej wiele analogii (choć nie wiem, czy takie było zamierzenie autorki). Tajemny pokoik za kredensem w kuchni u Mateusza, w którym ukrywał się Jonatan, przypomina ukrywanie Żydów, a mur otaczający Dolinę Dzikich Róż – mury getta lub obozu koncentracyjnego. Niewolnicza praca mieszkańców – prace w obozach koncentracyjnych, Katla, smok rodzaju żeńskiego z pradawnych czasów – komory gazowe, czy ideologię, a Tengil – Hitlera.
 
Być może intencją autorki wcale nie były nawiązania do wojny, jednak czytając książkę nie mogłam się opędzić od takich skojarzeń.

Myślę, że powieść stanowi doskonały punkt wyjścia do rozmowy na temat wojny, pokazuje, że przegrywają wszyscy. Obala mit niekwestionowanego bohaterstwa. 

Tekstowi towarzyszą surowe, czarno-białe ilustracje, które naładowane się emocjami, oddają nastrój wydarzeń. 

Tekst powstał w ramach Przygód z książką, choć nieprzyzwoicie spóźniony...
 

Astrid Lindgren
Bracia Lwie Serce
ilustracje: Ilon Wikland
Nasza Księgarnia, Warszawa, 1988
przeł. Teresa Chłapowska
s.224
wiek: 7-107 

czwartek, 23 czerwca 2016

Prosta historia o sile przytulania/Przygody z książką 4

Historia prosta. Coś o bliskości, coś o dotyku, coś o cieple ciała i o emocjach. 
Ojciec i syn wędrują po lesie i przytulają wszystkie napotkane stworzenia i nie ważne, czy to myśliwy, czy mała gąsienica. Ot tyle. A może aż tyle. 

Przytulas może poruszyć serce nawet tak groźnego wilka, jak ten, który polował na Czerwonego Kapturka.

Co ważne, bohaterowie pytają najpierw o zgodę na przytulenie.

Okazuje się, że przytulanie może być świetnym pomysłem na zbudowanie opowieści. Towarzysząc niedźwiedziom w spacerze poznajemy mieszkańców lasu. 

Ilustracje zachęcają do wskoczenia w bajkowy świat. Przynajmniej ja mam ochotę znaleźć się w krainie wyczarowanej przez Emilię Dziubak.

Na ten wakacyjny czas życzymy Wam wielu spacerów na łonie natury i niekończących się przytulasów. A jeśli szukacie pasjonującej lektury, zerknijcie, co przygotowały pozostałe uczestniczki projektu Przygody z książką.


Proszę mnie przytulić
tekst: Przemysław Wechterowicz
ilustracje: Emilia Dziubak
Agencja Edytorska Ezop, Warszawa 2016
nagrody: Nagroda Literacka Miasta Stołecznego Warszawy 2014, 
wpisana do Katalogu Białych Kruków 2014

środa, 16 grudnia 2015

W krainie emocji / Przygody z książką 3

Na zakończenie tej odsłony Przygód z książką zapraszam do krainy emocji. Doświadczamy ich każdego dnia. Jedne są przyjemne, na inne patrzymy z niechęcią. Wszystkie są jednakowo potrzebne. Warto już od najmłodszych lat poruszać ten temat z dziećmi. Czasem jednak pojawia się w głowie pustka, jak ubrać w słowa to, co chcemy dziecku przekazać? W słowa, które będą dla niego przystępne? Już dawno ludzkość odkryła, że jednym z najlepszych sposobów uczenia jest opowieść, która wcale nie musi być z morałem. 

Wojciech Kołyszko opowiada historie za pomocą słowa i obrazu. Dziecko (a także rodzic) może znaleźć w nich pocieszenie (inni mają podobnie), wyjaśnienie (do każdej książki dołączona jest instrukcja obsługi danej emocji), naukę (sposoby radzenia sobie w określonych sytuacjach).

Każda książka poświęcona jest innej emocji, a sytuacje je wywołujące zostają rozpracowane na wszystkie możliwe sposoby. 

Bohaterami bajek jest sześcioro dzieci: Lwisława, Gryzielda, Hahanna oraz Fignacy, Lirian i Pocoryk, które mieszkają w turkusowym domu. Za każdym razem dwójka przyjaciół (dziewczynka i chłopiec - dzięki temu dzieci obojga płci łatwo mogą się utożsamiać z bohaterami) wyrusza na wyprawę, podczas której odwiedza tajemnicze krainy, spotyka niezwykłe istoty i doświadcza przeróżnych przygód. Po powrocie do domu para bohaterów bogatsza jest o zdobyte doświadczenie i wiedzę, którymi dzieli się z pozostałymi dziećmi. 

Fantazyjne miejsca i postaci, które mogą istnieć tylko w wyobraźni tworzą bezpieczny dystans pomiędzy światem dziecka, a światem bajki, dzięki czemu łatwiej jest rozmawiać o trudnych sprawach, jak np. granice własnego ciała, zły dotyk i prawo do mówienia: nie w bajce Latający śpiwór i maski wstydu. Jednocześnie prezentowane sytuacje są dziecku bliskie. 

Warto je mieć w swojej biblioteczce i wracać do nich na bieżąco. Przy każdym czytaniu dziecko wyłowi to, co aktualnie będzie dla niego najważniejsze. Informacji i sytuacji jest tak dużo, że nie sposób zapamiętać wszystko po jednym przeczytaniu.

***

Opowieści stanowią dla nas inspirację do działania. Nasze zabawy:

1. Rysujemy emocję.
2. Pokazujemy, jak emocja chodzi.
3. Szukamy, jakie dźwięki wydaje dana emocja.
4. Idziemy na spacer po lesie (w domu, tyle że sobie to wyobrażamy) i nagle na naszej drodze widzimy jakąś emocję i co się wtedy dzieje?
5. Szukamy sposobu na wyrażenie złości, który nie krzywdzi, np. drzemy gazety. 

 

Zdjęcia pochodzą ze strony Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego.


***

W serii ukazały się tytuły (w nawiasach podaję wydanie):

Smok Lubomił i tajemnice złości (I) - Złość i smok Lubomił (II)
Zaklęte miasto i sekrety smutku (I) - Smutek i zaklęte miasto (II)
Bawian, Cudanna i pułapki zazdrości (I) - Zazdrość i wyścigi żółwi (II)
Pogromca potworów i magia strachu (I) - Strach i pogromca potworów (II)
Latający śpiwór i maski wstydu (I) - Wstyd i latający śpiwór (II)
Wyspa HopSiup i potęga radości (I) - Radość i wyspa HopSiup (II)

tekst i ilustracje: Wojciech Kołyszko (I)/ Wojciech Kołyszko, Jovanka Tomaszewska (II)
konsultacja psychologiczna: Ewa Wojciszke-Orska
Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne
wiek: 5-9 (we fragmentach może nawet 3+) 

A także: Garść radości, szczypta złości. Mnóstwo zabawnych ćwiczeń z uczuciami. (tego nie mamy, więc nie mogę ocenić, ale chciałam wspomnieć, że jest coś takiego).
autor: Wojciech Kołyszko, Jovanka  Tomaszewska



 
 

wtorek, 10 listopada 2015

Emocje pod lupą


Zapraszam serdecznie do Cafe MaMa (ul. Wilcza 27b, Warszawa) na cykl zajęć Emocje pod lupą oparty na autorskich bajkach psychoedukacyjnych adresowany do dzieci i rodziców/opiekunów. Podczas wspólnej zabawy zastanowimy się, do czego potrzebne nam są emocje i jak sobie z nimi radzić. Wysłuchamy bajki i doświadczymy wspólnoty, jaka tworzy się między opowiadającym, a słuchaczami. W pracy warsztatowej wykorzystamy narzędzia teatralne.
Snucie opowieści to stara tradycja. Wspiera rozwój wyobraźni oraz kultury słowa. Uczy poprzez prezentowane wzorce postępowania. W trudnych chwilach przynosi pociechę i nadzieję.
Emocje – nieodłączni towarzysze naszego życia. Dostarczają nam informacji na temat świata oraz nas samych, często są motorem naszych działań. Zadaniem bajki psychoedukacyjnej jest wsparcie dziecka, pomoc w oswojeniu i uporządkowaniu tej wszechogarniającej siły oraz dostarczenie mu narzędzi do radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

Harmonogram:

Laboratorium złości 18.11
Piracki rejs po oceanie zazdrości 25.11
W fabryce czekolady (wstyd) 02.12
Cyrk pod Różową Łezką (smutek) 09.12
Droga wojownika (porażka) 16.12
 
Godzina: 16.30

niedziela, 18 października 2015

Fabryka czekolady i cienie wstydu/Emocje pod lupą

Wkłada na głowę czapkę niewidkę i podąża za nami niezauważony przez nikogo. Czasem nas chroni, a innym razem uprzykrza życie. Bohaterem sobotniego spotkania z bajką w Stowarzyszeniu W Stronę Marzeń był Wstyd. Wspólnie z dziećmi zastanawialiśmy się, kiedy się wstydzimy i co się wtedy dzieje z naszym ciałem. Co ważnego ma nam do powiedzenia? Przed czym nas ostrzega? Kiedy chroni nas, pomagając nam się dostosować do sytuacji? A kiedy podcina nam skrzydła? Czy zawsze warto robić to, co dyktuje nam wstyd, czy czasem dobrze jest zostać przy sobie mimo narażenia się na wyśmianie, krytykę ze strony innych. Bajkowa wycieczka do fabryki czekolady dostarczyła nam wielu emocji i pomogła zmierzyć się z trudnymi sytuacjami.

Wstyd często powoduje, że mamy ochotę zniknąć. Szukaliśmy różnych sposobów na zniknięcie. Dzieci tak dobrze się schowały, że została pusta sala. Na szczęście nie na długo. Każdy znalazł sposób na to, aby się pojawić. 

Na koniec robiliśmy talizmany, które mają za zadanie wspierać dzieci i przypominać im, że są wyjątkowe i wartościowe. Praca plastyczna dostarczyła tyle samo frajdy najmłodszym, co ich opiekunom.



 

poniedziałek, 27 października 2014

"A to Polska właśnie" / Stanisław Wyspiański / Dziecko na warsztat II edycja

Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Stanisław Wyspiański, który tworzył na płaszczyźnie malarskiej oraz literackiej/teatralnej. Dla mnie twórczość Wyspiańskiego jest doskonałym materiałem do rozmów o Polsce, o Polakach. Wiele wątków jednak pozostało nietkniętych, bo w moim odczuciu są zbyt skomplikowane dla pięciolatka. Moją intencją nie było zapoznanie się ze wszystkimi niuansami Wesela, a zaszczepienie miłości do wiersza polskiego, do twórców, którzy stawiają trudne pytania, do twórczości, która jest bardzo różna od tej, która otacza nas w naszej codzienności, którą spotykamy za każdym rogiem, na półkach sklepowych, w telewizji, radiu. 


Źródło


Do tematu Polski podeszliśmy dość luźno. Podążyłam za skojarzeniami: Wyspiański, Wesele, rozbiory. Jaka była Polska czasów Wyspiańskiego? Gdzie była, kiedy jej nie było  na mapie? Polska to serce, jak mówi Poeta do Panny Młodej. W dużym skrócie - Polska to język, dopóki jest pielęgnowany, dopóki ludzie go używają - istnieje. Język jest nośnikiem tradycji. Tekst Wesela  eksponuje jego piękno i bogactwo, jest bardzo rytmiczny, muzyczny. To on stanowi serce naszego warsztatu. I choć na język przewidziany jest oddzielny warsztat, dla mnie stanowi on serce Polski, bo Polska przede wszystkim to ludzie. Świadczy o tym bogata twórczość innych artystów Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Chopina..., przepełniona tęsknotą za krajem ojczystym. Jedyne, co mogli zabrać ze sobą na obczyznę, to wspomnienia i polska mowa.

Czytamy Wesele - rytm i piękno polskiej mowy
Przeczytałam synkowi fragment Wesela Stanisława Wyspiańskiego (na dole wpisu można go znaleźć) i poprosiłam o rysunek. Oto jaki powstał potwór: szyję ma na głowie, a brodę tam, gdzie ludzie mają czoło. Obok stoi chłopiec w piżamie i się boi. Te małe postacie to dwóch Archaniołów (jeden chłopca, drugi stwora), którzy ze sobą walczą.



Odszukaliśmy w internecie postacie Wernyhory i Zawiszy Czarnego, powiedzieliśmy sobie kilka słów na ich temat.


W naszej zabawie skupiliśmy się w dużej mierze na fragmencie Wesela. Czytałam, odśpiewywałam, skandowałam, wybijałam rytmicznie tekst. Titiemi bardzo się podobało i co jakiś czas przychodził i prosił, żeby mu poczytać. Wkrótce osłuchał się z tekstem i zaczął się włączać. Z wielkim zdziwieniem stwierdziłam, że zna fragment lepiej niż ja i kiedy się pomylę, poprawia mnie :-).  Bawiliśmy się tekstem Wyspiańskiego na różne sposoby: 
- z lękiem oczekiwaliśmy nadejścia strasznego potwora (pierwsze skojarzenie Titiego), 
- oczekiwaliśmy go z niecierpliwością i radością,
- wygłaszaliśmy tekst jadąc konno, tętniąc i pędząc
- śpiewaliśmy delikatnie i porywczo, 
- wybijając rytm, 
-improwizowaliśmy, co nam w danym momencie w duszy grało. 
 Odkryliśmy przy okazji zabawy, że znaczenie słów w dużej mierze zależy od sposobu, w jaki je wypowiadamy. Budowaliśmy w sobie otwartość na zmiany, na poszukiwanie, na organiczne reagowanie. Zabawa wymagała także uważności i wzajemnego słuchania. Fragment, na którym pracowaliśmy był dość długi, dlatego też wzięłam na siebie rolę dyrygenta. Zaczynałam mówić tekst i w różnych momentach wskazywałam na Titiego (on przejmował pałeczkę i mówił dalej). Bez śmichów chichów, ale za to z dużą uważnością i zaciekawieniem. Czasem, kiedy Titi rysował, albo się bawił prosił, żebym mu poczytała Wesele.

W naszych zabawach uczestniczył też młodszy synek (jedenastomiesięczny). Zauważyłam u niego wrażliwość na puls wiersza. Kiedy wypowiadaliśmy go rytmicznie, synek podskakiwał do rytmu. Zaczęłam wtedy wybijać dla niego rytm na "podnóżku" niczym na bębnie i wtedy dołączył do mnie, też wyklepywał rączką rytm. Tak sobie myślę, że takie zabawy z wierszem pewnie świetnie wspierają rozwój mowy u maluszków (i nie tylko), oswajają z rytmem i melodią języka, a u starszych dzieci poszerzają słownictwo, pokazują, że w ramach jednego języka, mogą istnieć jeszcze inne - gwary.

Teatr skarpetkowy
Przeznaczeniem teatru jak dawniej tak i teraz, było i jest, służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno. To cytat z Hamleta, który poeta umieścił, jako dedykację dla aktorów w Studium o Hamlecie. Teatr w czasie zaborów również stanowił miejsce, kultywowania i wspierania tradycji narodowej, jednoczenia ludzkich serc. Wyspiański pisał dla teatru i my też postanowiliśmy przygotować przedstawienie. Tyle że nie poszło to po mojej myśli, trudno. Zamysł był taki, żebyśmy wykorzystali fragment Wesela, którym wcześniej się bawiliśmy. Syn się jednak zbuntował i powiedział, że albo Jaś i Małgosia, albo on nie robi przedstawienia. Cóż było robić... To jest chyba ważny temat, bo już któryś raz ta bajka powraca w naszych zabawach, zupełnie przeze mnie nie zapraszana.

Poniżej nasi skarpetkowi aktorzy. Do ich wykonania potrzebne są skarpetki, guziki, piórka, dzwoneczki i różne inne ozdoby. Naciągnęliśmy skarpetki na wypełnione wodą półlitrowe butelki, które tworzyły manekiny, ułatwiające naszywanie elementów.



 
Mapa
Studiowaliśmy mapę Polski "od premiera", która dotarła do nas w czasie pracy nad warsztatem. Zobaczyliśmy, gdzie jest Kraków (miasto, z którego pochodzi bohater naszego dzisiejszego warsztatu), a gdzie Warszawa. Dowiedzieliśmy się, że kiedyś Polski nie było na mapie, że była pod zaborami. Spędziliśmy pochyleni nad nią sporo czasu.


 
Wycieczka do Muzeum Narodowego Byliśmy w Muzeum Narodowym w Warszawie w celu kontemplowania prac Wyspiańskiego. Przez muzeum przeszliśmy, jak burza. Obrazy Wyspiańskiego - poza autoportretem - pozostały w zasadzie niezauważone. Co innego Matejko. Okazuje się, że Bitwa pod Grunwaldem dla chłopaka, to jest coś! No więc kontemplowaliśmy, jak Polacy odnieśli zwycięstwo nad Krzyżakami. A że dzisiejszy wpis ma dotyczyć kraju ojczystego, a że Matejko nauczycielem Wyspiańskiego był, a w bitwie walczył Zawisza Czarny - Rycerz z dramatu, to aż tak bardzo nie zboczyliśmy z tematu. Obok wisiał Stańczyk (kropka w kropkę, jak ten na zdjęciu z krakowskiego przedstawienia z 1901 roku).

Zrobiliśmy witraże. Miała to być Bitwa pod Grunwaldem. Zabarwiliśmy wodę w miseczkach kolorową bibułą. Za pomocą pipety Titi nanosił kolorową wodę na tkaninę. 







Poniżej zawieszone w oknie kuchennym.





Do zabawy ruchowej zainspirował nas Chochoły. Najpierw wyjaśniliśmy, co to takiego. A potem staramy się tak powyginać nasze ciała, jak chochoły na obrazie. 

 
Źródło


Oglądaliśmy dostępne w internecie zdjęcia zielnika Wyspiańskiego i Titiemu bardzo się spodobały. Pomysł był, abyśmy zrobili własny, ale się nie przebił. Przynosiliśmy z parku różne okazy, ale zazwyczaj pojawiała się wtedy na horyzoncie bajka do oglądania... Pomyślałam sobie, że czasem mniej znaczy więcej, co nie znaczy, że z tematu rezygnujemy, pewnie pojawi się już poza DNW. 


Fragment Wesela, który użyliśmy w zabawie:
Słuchać, słuchać, co to być ma?

Ma być słychać tętent, pęd.

Tętent konia.
              
    Kto przyjedzie?

Nie tu, ale na gościniec
wjedzie stary lirnik siwy.

Wjedzie stary Wernychora!?!

I przeżegna lirą niwy - 
wtedy trzeba się pokłonić,
potem siąść na koń.
                    
                I gonić!

Nie wiem - potem co - tajemno -
potem świt...

                   Jeszcze mrok, ciemno.
Jeszcze świt daleki, z dala
łuna zorna się zapala,
świt...

(...)

Słuchać!

           Słuchać!
                      
                      Słuchać -
                             
                                   Cóż...?

Jakiś pęd, ile mój słuch -
szedł lecz wplątał się w sad grusz;
drzewa go więżą.

                      Brzęk much,
nad malw badyle suche
brzęczy przedranny szum.


(...)


                           Bracie Duch!

Natężać, natężać słuch.

Rany Boskie, słyszę! 

                           Kaj?

Hań, daleko, słyszę.

                           Gdzie?!

Spadły liście suche z drzew.

Ustał przecie wiatru wiew.

Zerwały się wrony dwie 
ze sadu.

          Z ogrodu w sad.

Zajść do pola!

                  Cicho!

                         Cyt!

Może i słychać co - ?

                            Świt!

Słychać, słychać...

                          Wielki Duch!
Wytężać, wytężać słuch.
Słychać.

          Cicho!

                 Pędzi ktoś.

Zosiu, Zosiu, Boga proś,
jedzie!

         Tętni!

                 Jedzie!

                          Goni!

Będzie ze sta, do sta koni.

Tętni.
       
       Jedzie.
  
               Dudni.

                       Pędzi.

Cicho - świta, świta, zorze!
Prawie widno - to On - Boże!
On, On - cicho - Wernychora. - 
W pokłon głowy, prawda żywa,
Widmo, Duch, Mara prawdziwa.

Świtanie na lutniach gędzi...

Tętni.

       Jedzie.

                Tętni.

                     - Pędzi.

(...).

Wpis powstał w ramach projektu Dziecko na warsztat II edycja.  


KLIK
Sprawdźcie, jakie wybitne osoby poznawały rodziny biorące udział w projekcie.

środa, 15 października 2014

Czy klaun jest wesoły?/Przygody z książką

Cyrk  kojarzy się ze śmiechem, radością, zabawą, światem beztroskim. Co znajdziemy, kiedy zajrzymy pod powierzchnię? Co ukarz się naszym oczom, gdy rozbierzemy go z kolorowych fatałaszków, muzyki, zabawnych gagów? Czy klaun jest zawsze radosny, kiedy się śmieje?



Cyrkowców Marie Desplechin i Emmanuelle Houdart wydawnictwa Format wypatrzyłam na targach książki i z miejsca się w nich zakochałam. Kupiłam, ale jeszcze przez jakiś czas trzymałam w szafie, bo miał to być prezent imieninowy dla Titiego. Uwielbiam książki dla dzieci i nie lada wyzwaniem było dla mnie odczekanie do wyznaczonej daty. Kiedy nadszedł ten moment z niecierpliwością i dreszczykiem patrzyłam jak synek rozpakowuje prezent. Ten moment zawsze budzi we mnie emocje, jakbym to ja miała zostać obdarowana. Najpierw oczywiście jest część wizualna, Titi obejrzał obrazki, a są po prostu cudowne! poetyckie! Wreszcie przystąpiliśmy do lektury (zazwyczaj zerkam wcześniej do książki, ale ta była zafoliowana). W pierwszej chwili poczułam niepokój, czy aby na pewno mu się podoba, coś mi się zaczęło wydawać, że go trochę nudzi, a może też budzi lęk, bo pierwsza opowieść dotyczyła bliźniaczek syjamskich. I nie myliłam się. Pojawiły się wątpliwości, czy to, aby na pewno książka odpowiednia dla pięciolatka. Opis wesela: (...) suknia zwiędła [zrobiona była z koronki, do której poprzyszywane były żywe kwiaty i płatki]. Wymięte płatki zaczynały odpadać, a przez szparki w koronce można było zobaczyć śliczne ciało mojej małżonki. Potem uświadomiłam sobie, że dzieci nie czytają jeszcze takich podtekstów i że to bardzo subtelny i delikatny opis. Zrobiliśmy też drugie podejście, które okazało się dużo lepsze od poprzedniego.

Czytając książkę przenosimy się w przedziwny świat, poznajemy ludzi, jakich większość z nas nie spotyka w codziennym życiu. Cyrkowcy to istny gabinet osobliwości, znajdziemy w nim siostry syjamskie, Jacka Wielką Głowę, Syrenę - dziewczynę ze zrośniętymi nogami, kobietę z brodą, maleńką kobietę, Kolosa i wiele innych postaci. Każdy rozdział poświęcony jest jednej osobie, pokrótce przedstawiając jej historię i  numer cyrkowy. Spotykamy się z narracją pierwszoosobową, narrator nie jest wszechwiedzący, ale stanowi integralną część prezentowanego przez siebie świata. Na końcu poznajemy także jego tożsamość i historię. Bohaterzy tej książki to w znacznej mierze, ludzie ułomni, posiadający jakąś wadę, która poza światem cyrku, może wywoływać w społeczeństwie śmiech i izolację tych jednostek. Ale cyrkowcy biorą życie za bary i swoje braki przetwarzają w walory. Ich numery mają liczną publiczność i cieszą się wielkim powodzeniem. 







Cyrkowcy mogą stać się punktem wyjścia do rozmowy o inności i tolerancji. Podjęłam taką próbę, choć nie do końca (mam poczucie) udaną. Zapytałam Titiego, czy zna kogoś, kto miałby taką bardzo wielką głowę. Nie.  Pytam zatem dalej, czy jego zdaniem łatwo jest takiemu komuś żyć, czy może inni mogą się z niego śmiać z powodu tej wielkiej głowy. Mogą się śmiać. A czy jak ktoś ma zrośnięte nogi, to łatwo mu się jest poruszać? Iść do sklepu? Nie. Chciałam temat pociągnąć dalej i podsunąć, że bohaterzy książki, choć mięli różne niedoskonałości, wykorzystali je w taki sposób, aby zrobić z tego atut. Ale liście w parku... i można je pozbierać... i dać koleżance z przedszkola... gdzie ja się pcham z moim filozofowaniem. Z drugiej strony jednak myślę, że nawet jeśli to wszystko nie zostało przez nas nazwane, to i tak się odkłada, nie znika. Taka jest też rola opowieści, że nie hasło: możesz przekuć swoje niedoskonałości w atuty!, ale opowiedzenie historii. 

Pomysłów na warsztat było kilka, ostatecznie zwyciężyła zabawa spontaniczna. Wymyślona na przystanku, między myślą o przygotowywaniu kolacji, a rozmową z Titim, jak było w przedszkolu. 

I. Najpierw naśladowaliśmy postacie z książki. Użyliśmy w tym celu to, co akurat było pod ręką.
1. Jack Wielka Głowa - potrzebne wielkie pudło (u nas po pieluchach). Zakładamy na głowę. Kupa śmiechu!
2. Syrena - rajstopy. Obwiązujemy sobie stopy i sprawdzamy, jak możemy się poruszać. Okazało się, że podskoki ze związanymi nogami są całkiem zabawne, można też urządzić wyścig. Ścigaliśmy się, ja dodatkowo z małym na rękach, co mu się bardzo podobało. Śmiechu było dużo. I ja też miałam z tego frajdę, choć trochę się zmęczyłam. Polecam zabawę w deszczowe dni, kiedy szaleństwa na dworze odpadają, a dzieciaki chodzą po ścianach, bo nie mają jak spożytkować energii.
3. Siostry syjamskie - związujemy sobie nogi razem i próbujemy iść. To już nie jest takie proste, bo trzeba się słuchać nawzajem, więc wracamy do Syren. Pewnie jeszcze zrobimy to ćwiczenie, bo fajne na rytm, kontakt z drugim człowiekiem i słuchanie.
4. Żongler - skarpetki zwinięte w kulkę, choć w książce były maciupkie sukieneczki,ale jak by nie było jedno i drugie stanowi element garderoby. Początkowo ćwiczenie wywoływało frustrację u Titiego - nie udawało mu się złapać skarpetek. Zatrzymaliśmy się. Pokazałam mu, jak powoli podrzucać do góry, nie za wysoko i łapać. Było lepiej, udawało się już złapać. Ćwiczyliśmy przy okazji koordynację oko ręka, ocenianie odległości. Następnie zaproponowałam, że będziemy rzucać do siebie nawzajem. Dodałam kolejny element, który zrodził się bardzo organicznie (żonglerka emocjonalna). Rzucając do partnera mówimy jakąś emocję, albo uczucie i osoba, która złapie skarpetki, pokazuje. Dzięki temu utrwalamy sobie ich nazwy, wyrabiamy organiczność (zadanie polega na natychmiastowej reakcji - nie może być ona z poziomu umysłu, ale ciała). Titi szybko zaczął dodawać czynności, pojawiły się też żywioły i w końcowym etapie wszystko, co przychodziło nam do głowy. Titiemu najbardziej podobało się zadanie: Nie myłem się i śmierdzę! Powtarzaliśmy je kilkakrotnie, na zmianę. 


II. Wycieczka do cyrku. 
Skoro już tyle o tych cyrkowcach przeczytaliśmy warto by było zobaczyć jakiś spektakl na żywo. Niedaleko nas na błoniach Stadionu Narodowego rozbił swój namiot Cirque du Soleil. Bilety drogie masakrycznie, ale słysząc zachwyty znajomych nad ich show, wybraliśmy się. I warto było! 
Zasiedliśmy w fotelach, a przed naszymi oczami rozegrało się istne show barw, akrobacji, klaunady. Całość spięta klamrą: klaun puszczający latawiec. Dostaje on przesyłkę, w której jest pudło, a w nim kukiełka pajacyka... I wtedy wszystko się zaczyna. Pajacyk okazuje się być  triksterem, alter ego bohatera (o czym świadczyłyby kostiumy, pierwszy ma workowaty strój w poziome paski, drugi - garnitur szyty na miarę w paski pionowe, w tej samej kolorystyce), który wyczarowuje przed nim magiczny świat, pełen dziwów i cudowności. Emocje są pobudzane przez cały spektakl, śmiejemy się prawie bez przerwy, ja tylko czasem boję się, czy ktoś nie zleci, wiele akrobacji wykonywanych jest bez zabezpieczenia. Ale w finale łezka wzruszenia zakręciła mi się w oku. Dla mnie mistrzostwo świata. Po całości na najwyższych obrotach, wyhamowanie, gest sympatii, czułość, wzruszenie, radość taka spokojna, wyciszona, uwewnętrzniona (nie śmiech rubaszny).
Całość trwała dość długo, około dwóch i pół godziny, w tym z półgodzinną przerwą, ale Titi był tak pochłonięty tym, co dzieje się na scenie, że nie odczuwał znużenia. Zachwyceni byliśmy oboje. I jest to dla mnie jeden z najistotniejszych wyznaczników. Artyści w pełni profesjonalni, przedstawienie dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Ich ciała podobnie, jak cyrkowców z książki były niecodzienne, ale na innej płaszczyźnie. O ile tam w dużej mierze mięliśmy do czynienia z brakiem, anomalią, tak tutaj spotykamy się z pozacodziennym wytrenowaniem.  Titiemu najbardziej utkwił w pamięci sikający pies (aktor w kostiumie psa, w tym cyrku nie ma zwierząt, co dla mnie też jest ważne). 

Po wizycie w cyrku Titi wykonał portrety artystów, którzy najbardziej utkwili mu w pamięci. 




Poniżej Cyrkowcy w obiektywie synka.



Dzisiejszy wpis powstał w ramach zabawy 
 
KLIK 
Aby zobaczyć, co przygotowały inne rodzinki, wystarczy jeden KLIK. A my zapraszamy już za dwa tygodnie 29 października.