Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słuch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słuch. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 marca 2016

"Lulabajki"- pod puchatą kołderką dźwięków i poezji

Gdy mama skończy czytać baśnie,
Gdy światło już w pokoju zgaśnie,
Gdy ćmy rozwiną swoje skrzydła,
...

Lulabajki - otulają puchatą kołderką dźwięków, bawią i śmieszą do bólu brzucha. 



Któregoś szarego, styczniowego popołudnia chłopcy dostali płytę z księżycowymi kołysankami. I od tej pory słuchamy... mozaiki różnych nastrojów: śmiechu, magii, zabawy, zadumy, zaciekawienia, spokoju... ułożonych w doskonały wzór.

Płyta niezwykła, zaspokaja jednocześnie moją potrzebę krzewienia kultury  oraz potrzebę szalonej zabawy Tymianka i Pana Loczka vel Lulu.

Twórcy traktują młodego odbiorcę poważnie, zabierają go w rejs po morzach poezji i oceanach dźwięków. Dzieciaki poznają Pana Księżyca, który przemierza nocne niebo z workiem pełnym gwiazd, staną oko w oko z nocnymi strachami, pożeglują z chłopcem na srebrnym księżycu, posłuchają puchatych rozmów, jakie toczą cztery sowy... Obok tekstów pisanych specjalnie na tą płytę znajdziemy też utwory klasyków, Adama Asnyka, Włodzimierza Słobodnika czy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. 

U nas hiciorem jest: duchy jedzą kluchy! Zdanie w sam raz do wypowiedzenia dla dwulatka i w sam raz do wywołania niepohamowanego śmiechu u prawie siedmiolatka. Chichrają się obaj - o spaniu nie ma mowy! 

Nie liczcie, że płyta rozwiąże kłopoty z zasypianiem ;-). Raczej rozochoci małych psotników do dalszych figli.

Płyta wydana jest przepięknie, dołączono do niej książeczkę z tekstami utworów, sami popatrzcie:






Nawet sowa sowie nie opowie
Co opowiem Ci ja
Pod powieką snem przykrytą
Kryje się wspaniały świat

Teatr CHOREA
Lulabajki
śpiewają Dzieci, Natalia Przybysz i Wielki Chór Młodej CHOREI


niedziela, 14 lutego 2016

Spotkanie - koncert Ani Brody

Koniec ferii, więc od jutra pewnie będzie nam towarzyszyć: Szybko zbudź się, szybko wstawaj... 

To tekst jednej z piosenek Ani Brody. Dziś umilaliśmy sobie ostatnie chwile wolnego, właśnie na jej koncercie, który odbył się w Tarabuku. 

Źródło
Koncert był kameralny, w kawiarni. Dzieci siedziały na dywanie i na poduszkach. Zanim się rozpoczął, byliśmy świadkami strojenia instrumentu. Chwila pomiędzy przedstawieniem, a prywatnością - moment przejścia. 

Dowiedzieliśmy się kilka rzeczy o cymbałach. Pochodzą z Persji i zostały wymyślone przez matematyków. Początkowo grano na nich długimi piórami, dziś używa się do tego pałeczek (które przypominają np. okulary, albo wąsy, mogą też być rogami, albo anielskimi skrzydłami...). Cymbały mają bardzo dużo strun, a każda z nich wydaje dwa dźwięki. 

Między sceną, a widownią trwał nieprzerwany dialog. Dzieci współuczestniczyły w tworzeniu koncertu, co tworzyło atmosferę spotkania połączonego z wymianą darów. Jestem pod wielkim wrażeniem uważności, wrażliwości, kreatywności Ani Brody, która to dawała się ponieść muzyce, to szefowała grupie ruchliwych dzieciaków, czujna na sygnały od nich płynące. Na scenie leżała tajemnicza walizka, przywieziona przez artystkę specjalnie na to spotkanie. Niestety, okazało się, że kluczyk do niej został u Ani Brody w domu na stoliku. I co teraz? Z pomocą przyszły dzieci, które przecież znają mnóstwo magicznych zaklęć. I udało się ją otworzyć! A w środku... instrumenty: tamburyny, grzechotki, dzwonki, gong, kalimba, trójkąty. Zaśmiały się dziecięce oczy, a rączki wyciągnęły po te niezwykłe przedmioty wydajęce dźwięki. Na koniec każdy (kto chciał) mógł spróbować, jak się gra na cymbałach. Lulu (lat dwa) był bardzo podekscytowany, to w ogóle taki typ wrażliwy na muzykę. Ania Broda ułożyła mu paluszki na pałeczkach i grał niczym profesjonalista ;-). Kiedy inni próbowali, stał przy instrumencie i paluszkami przebierał po strunach. Tymianek też był bardzo przejęty i opowiadał przez pół dnia, jak to grał na cymbałach. Dla dzieciaków to niezwykle ważne, że mogą dotknąć instrumentów, sprawdzić, jak działają. 

***
Chłopaki siedzieli razem, ja kawałek za nimi na fotelu. Lulu przysuwał się do Tymianka, siadał mu na kolanach, czasem przybiegał do mnie sprawdzić, czy jestem, przytulał się do starszego brata. To jeden obraz ich braterskiej miłości, zdecydowanie bardziej przyjemny dla matczynego oka. 

Kończę już, bo rano rzeczywiście może być dramat ze wstawaniem... ;-)

czwartek, 19 listopada 2015

"Jak ptaszki studiowały Torę"/Międzynarodowy Festiwal Sztuki Opowiadania

Trwa właśnie Międzynarodowy Festiwal Sztuki Opowiadania organizowany przez Studnię O. Uwielbiam ten festiwal i nie mogło mnie na nim zabraknąć. Jako że  mają też bogatą ofertę wydarzeń dla najmłodszych odbiorców sztuki, zwolniłam dziś Tymianka wcześniej ze szkoły i poszliśmy. 

Tymiankowi najbardziej podobał się obrazek z ptakiem Bar Juchne. To ten biały na kartce, słabo widoczny na zdjęciu.

Jak ptaszki studiowały Torę to bajki i przypowieści pochodzące z Żydowskich bajek z Czerniowców Eliezera Szteinbarga. Dzieci miały okazję dowiedzieć się kilku rzeczy na temat kultury żydowskiej, jak np. co to jest Tora, zobaczyć kilka liter z alfabetu hebrajskiego.

Weszliśmy na salę i zajęliśmy miejsca na poduchach. Artyści stali po bokach i obserwowali wchodzących. Kiedy wszyscy już się usadowili wygodnie, opowiadacze otworzyli bramy do krainy opowieści i wyobraźni. Ożywili słowa bajek, a ich bohaterowie stanęli przed nami i mogliśmy obserwować ich przygody. Czy wiecie, co mówi wrona, kiedy kracze: kra, kra? My już wiemy: czytaj, czytaj! Ptaszki mają swoje własne księgi, są to liście, z których umieją czytać tylko ptaki i malutkie dzieci, które mama karmi piersią. Jeśli znajdziecie jakiś liść podczas jesiennego spaceru, przyjrzyjcie mu się dokładnie i zobaczcie, jaka historia jest na nim zapisana. 

Cały czas odbywała się wymiana na linii opowiadacze - słuchacze. Wytworzyła się wspólnota, jakiej nie doświadczamy w codziennym życiu. Artyści wciągnęli dzieci w narracje, które z biernych widzów zamieniły się we współtwórców opowieści.

Opowiadaczka, Beata Frankowska, pokazywała dzieciom plansze z dziwnymi znakami. Jak się dowiedzieliśmy pochodzą one z alfabetu hebrajskiego. Każda litera stanowiła początek opowieści, ale zanim historia się rozpoczęła dzieci przyglądały się im i mówiły z czym im się kojarzą kształty znaków. Odpowiedzi były przeróżne, jeden znak budził wiele skojarzeń, np. stół i basen,inne litery to drzewa, gałęzie, statek z żaglem, albo parowiec, talerz i łyżka, krzesło i wiele, wiele innych. Utworzyły prawdziwą studnię opowieści. 

Tymiankowi najbardziej spodobała się bajka o feniksie, który wykluwał się z jaja i stawał się olbrzymim ptakiem, większym nawet niż słoń. Kiedy był już tak wielki, że większy nie mógł się stać, zaczął powoli maleć, kurczyć się, by stać się drobnym niczym okruszek i spłonąć. Jeśli chcecie wiedzieć, jaki skarby skrywa popiół po feniksie, albo poznać talmudycznego ptaka Bar Juchne, koniecznie wybierzcie się na Jak ptaszki studiowały Torę (niestety już nie w ramach festiwalu).

Ale na tym nie koniec aktywności dzieci. Podczas przypowieści o arce i zwierzętach, które chciały się nie niej schronić, Jarek Kaczmarek zaprosił na scenę słuchaczy, którzy współopowiadali fragment historii. 

Nauczyliśmy się też piosenki, która stanowiła refren pomiędzy bajkami. Towarzyszyła nam muzyka akordeonu (Robert Lipka) oraz gitary (Jarek Kaczmarek). Wyszliśmy z tej ptasiej krainy opowieści całkiem rozśpiewani. 

Potem nie było już tak kolorowo, akurat jak wysiedliśmy z autobusu rozpętała się straszliwa ulewa, a wiatr targał parasolkę na wszystkie możliwe strony. Mniej więcej po trzydziestu sekundach tego uroczego spaceru byliśmy mokrzy od stóp do głów. Gdy udało nam się dotrzeć do domu, kapało z nas, jakbyśmy właśnie wykąpali się w pobliskim jeziorku. Tymianek zażyczył sobie moczenie nóg w gorącej wodzie. A na rozgrzewkę od wewnątrz zrobiłam napój imbirowy (imbir + cytryna + miód). Mam nadzieję, że nie przypałęta się do nas żadne choróbsko. 

Festiwal trwa do niedzieli (22 listopada) jeszcze macie okazje posłuchać niesamowitych opowieści, zajrzyjcie na stronę festiwalu TU. 

środa, 12 listopada 2014

Wspólne muzykowanie/Przygody z książką

Do sięgnięcia po utwory Danuty Wawiłow zachęciła nas płyta Ani Brody A ja nie chcę spać, pisałam o niej TU. Postanowiliśmy do czytanych wierszy skomponować własną muzykę. Ale, żeby tworzyć muzykę potrzebne są instrumenty. 

Wykonaliśmy kilka grzechotek. Użyliśmy puste puszki po pomidorach, które wypełnialiśmy kasztanami, ryżem, kaszą manną, pestkami ze śliwek, łupinami po pistacjach. Chłopakom bardzo spodobała się ta zabawa. Titi stworzył też mieszanki, np. ryż i pestki, albo manna i łupiny, co dało jeszcze inny efekt dźwiękowy. Młodszy, jedenastomiesięczny synek też wkładał kasztany do puszki, ale najbardziej podobało mu się rozcieranie kaszy po podłodze (sprzątanie nie jest tak uciążliwe, jak by się mogło wydawać). Dla niemowlaka takie grzechotki są za duże i trudno było mu je utrzymać w rączce, ale już wiem z czego będą w sam raz (o tym niebawem).



Następnie ozdobiliśmy nasze instrumenty, wycinając różne kształty z kolorowego papieru samoprzylepnego. 


Ten instrument przedstawia maskę.



Kiedy wszystko było gotowe, nadeszła pora na gwóźdź programu - koncert na dwa głosy i siedem grzechotek.

Kilka wierszyków szczególnie przypadło Titimu do gustu: Szybko (o porannym pośpiechu i pragnieniu robienia wszystkiego wolno); Czarny lew (o lwie bardzo groźnym, który okazuje się być łagodnym i przyjaznym); Urodzinki (o tym jak fajnie jest, kiedy są czyjeś urodziny); Dzieci w lesie (o dzieciach, które zabłądziły w lesie i bardzo się bały, ale sowa się nimi zaopiekowała, a rano wskazała drogę do domu);A jak będę dorosła (co można zrobić, gdy się jest dorosłym: zostać lekarzem i robić zastrzyki, być piratem i strzelać z armaty, a na koniec można wrócić do mamy); Strzygi (bardzo na czasie, o jesiennych deszczach i chłodach). 



Ilustracje nie w moim klimacie. Utwory są ciepłe, radosne. Jednak niektóre zwróciły moją uwagę i wzbudziły niepokój i zdziwienie. Wierszyk Niegrzeczna dziewczynka, którego bohaterką jest dziewczynka raz bardzo grzeczna (i z wielkim smakiem zjadała nawet kożuchy na mleku), innym razem niegrzeczna (a raz, gdy była niegrzeczna, to tata wziął i zwariował i uciekł z mamą na biegun, a potem aż do Afryki. I gdy ich ludzie pytali, co jest powodem ucieczki, i gdy ich ludzie pytali: - Czemuście tak zrobili? - to rzekli tata i mama, że boją się swej córeczki bardziej niż białych niedźwiedzi i stada złych krokodyli). Cóż to za niedojrzali i nieodpowiedzialni rodzice! Rozumiem, że to wierszyk, który jest opowiedziany z humorem, pewnie niejeden rodzic w trudnych chwilach marzył o takiej ucieczce, ale adresatem tego wiersza jest dziecko (nie rodzic),które - szczególnie małe - przyjmuje wszystko, jak leci, bezkrytycznie. Owszem najważniejsze są relacje dzieci z rodzicami, ale... Co autor miał na myśli?

Kolejny przykład pochodzi z Dziwnej bajeczki, akcja dzieje się w zoo, mały zwierzaczek zabłądził i nie może znaleźć drogi do swoich rodziców. Kiedy już wraca do nich, ci: Troszeczkę się pośmiali, troszeczkę popłakali, troszeczkę mu przylali - a może nie troszeczkę. I choć forma jest żartobliwa, choć za mojego dzieciństwa "przylanie dziecku" było na porządku dziennym, to dzisiaj patrzymy na bicie dzieci,  w kategoriach przemocy, na którą trzeba reagować i której należy przeciwdziałać. Zachowanie rymu nie jest wystarczającym argumentem, aby klasyfikować przemoc razem ze śmiechem i płaczem, jako naturalne ludzkie reakcje (bo bohaterzy wierszyka posiadają ludzkie cechy, nie zwierzęce). Lekki i dowcipny ton, w jakim utrzymany jest wiersz budzi jeszcze większy mój sprzeciw, bo dewaluuje on przemoc, która gdzieś tam się rozmywa w całym utworze. Ponadto przemyca komunikat, że bicie dzieci jest ok i że może to być powód do żartów. Otóż nie może, tym bardziej, że małe dziecko bierze wszystko dosłownie. 

Przy tej refleksyjnej krytyce, biorę pod uwagę, że te utwory powstały w innej rzeczywistości (Wawiłow zmarła w 1999 roku, kiedy ja zaczynałam liceum. Wtedy inaczej patrzyło się na wychowanie, dzieci nie były prawnie chronione przed biciem). To takie moje refleksje do poduszki, którymi chciałam się podzielić. Co robicie, kiedy czytając dobrą książkę dziecku natrafiacie na takie relikty przeszłości? Rozmawiacie? Pomijacie te fragmenty? Trochę je modyfikujecie?

Dzisiejszy wpis powstał w ramach projektu Przygody z książką. 

KLIK


Zajrzyjcie też TU.
              
Na kolejną odsłonę zapraszamy 26 listopada.   

poniedziałek, 27 października 2014

"A to Polska właśnie" / Stanisław Wyspiański / Dziecko na warsztat II edycja

Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Stanisław Wyspiański, który tworzył na płaszczyźnie malarskiej oraz literackiej/teatralnej. Dla mnie twórczość Wyspiańskiego jest doskonałym materiałem do rozmów o Polsce, o Polakach. Wiele wątków jednak pozostało nietkniętych, bo w moim odczuciu są zbyt skomplikowane dla pięciolatka. Moją intencją nie było zapoznanie się ze wszystkimi niuansami Wesela, a zaszczepienie miłości do wiersza polskiego, do twórców, którzy stawiają trudne pytania, do twórczości, która jest bardzo różna od tej, która otacza nas w naszej codzienności, którą spotykamy za każdym rogiem, na półkach sklepowych, w telewizji, radiu. 


Źródło


Do tematu Polski podeszliśmy dość luźno. Podążyłam za skojarzeniami: Wyspiański, Wesele, rozbiory. Jaka była Polska czasów Wyspiańskiego? Gdzie była, kiedy jej nie było  na mapie? Polska to serce, jak mówi Poeta do Panny Młodej. W dużym skrócie - Polska to język, dopóki jest pielęgnowany, dopóki ludzie go używają - istnieje. Język jest nośnikiem tradycji. Tekst Wesela  eksponuje jego piękno i bogactwo, jest bardzo rytmiczny, muzyczny. To on stanowi serce naszego warsztatu. I choć na język przewidziany jest oddzielny warsztat, dla mnie stanowi on serce Polski, bo Polska przede wszystkim to ludzie. Świadczy o tym bogata twórczość innych artystów Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Chopina..., przepełniona tęsknotą za krajem ojczystym. Jedyne, co mogli zabrać ze sobą na obczyznę, to wspomnienia i polska mowa.

Czytamy Wesele - rytm i piękno polskiej mowy
Przeczytałam synkowi fragment Wesela Stanisława Wyspiańskiego (na dole wpisu można go znaleźć) i poprosiłam o rysunek. Oto jaki powstał potwór: szyję ma na głowie, a brodę tam, gdzie ludzie mają czoło. Obok stoi chłopiec w piżamie i się boi. Te małe postacie to dwóch Archaniołów (jeden chłopca, drugi stwora), którzy ze sobą walczą.



Odszukaliśmy w internecie postacie Wernyhory i Zawiszy Czarnego, powiedzieliśmy sobie kilka słów na ich temat.


W naszej zabawie skupiliśmy się w dużej mierze na fragmencie Wesela. Czytałam, odśpiewywałam, skandowałam, wybijałam rytmicznie tekst. Titiemi bardzo się podobało i co jakiś czas przychodził i prosił, żeby mu poczytać. Wkrótce osłuchał się z tekstem i zaczął się włączać. Z wielkim zdziwieniem stwierdziłam, że zna fragment lepiej niż ja i kiedy się pomylę, poprawia mnie :-).  Bawiliśmy się tekstem Wyspiańskiego na różne sposoby: 
- z lękiem oczekiwaliśmy nadejścia strasznego potwora (pierwsze skojarzenie Titiego), 
- oczekiwaliśmy go z niecierpliwością i radością,
- wygłaszaliśmy tekst jadąc konno, tętniąc i pędząc
- śpiewaliśmy delikatnie i porywczo, 
- wybijając rytm, 
-improwizowaliśmy, co nam w danym momencie w duszy grało. 
 Odkryliśmy przy okazji zabawy, że znaczenie słów w dużej mierze zależy od sposobu, w jaki je wypowiadamy. Budowaliśmy w sobie otwartość na zmiany, na poszukiwanie, na organiczne reagowanie. Zabawa wymagała także uważności i wzajemnego słuchania. Fragment, na którym pracowaliśmy był dość długi, dlatego też wzięłam na siebie rolę dyrygenta. Zaczynałam mówić tekst i w różnych momentach wskazywałam na Titiego (on przejmował pałeczkę i mówił dalej). Bez śmichów chichów, ale za to z dużą uważnością i zaciekawieniem. Czasem, kiedy Titi rysował, albo się bawił prosił, żebym mu poczytała Wesele.

W naszych zabawach uczestniczył też młodszy synek (jedenastomiesięczny). Zauważyłam u niego wrażliwość na puls wiersza. Kiedy wypowiadaliśmy go rytmicznie, synek podskakiwał do rytmu. Zaczęłam wtedy wybijać dla niego rytm na "podnóżku" niczym na bębnie i wtedy dołączył do mnie, też wyklepywał rączką rytm. Tak sobie myślę, że takie zabawy z wierszem pewnie świetnie wspierają rozwój mowy u maluszków (i nie tylko), oswajają z rytmem i melodią języka, a u starszych dzieci poszerzają słownictwo, pokazują, że w ramach jednego języka, mogą istnieć jeszcze inne - gwary.

Teatr skarpetkowy
Przeznaczeniem teatru jak dawniej tak i teraz, było i jest, służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku postać ich i piętno. To cytat z Hamleta, który poeta umieścił, jako dedykację dla aktorów w Studium o Hamlecie. Teatr w czasie zaborów również stanowił miejsce, kultywowania i wspierania tradycji narodowej, jednoczenia ludzkich serc. Wyspiański pisał dla teatru i my też postanowiliśmy przygotować przedstawienie. Tyle że nie poszło to po mojej myśli, trudno. Zamysł był taki, żebyśmy wykorzystali fragment Wesela, którym wcześniej się bawiliśmy. Syn się jednak zbuntował i powiedział, że albo Jaś i Małgosia, albo on nie robi przedstawienia. Cóż było robić... To jest chyba ważny temat, bo już któryś raz ta bajka powraca w naszych zabawach, zupełnie przeze mnie nie zapraszana.

Poniżej nasi skarpetkowi aktorzy. Do ich wykonania potrzebne są skarpetki, guziki, piórka, dzwoneczki i różne inne ozdoby. Naciągnęliśmy skarpetki na wypełnione wodą półlitrowe butelki, które tworzyły manekiny, ułatwiające naszywanie elementów.



 
Mapa
Studiowaliśmy mapę Polski "od premiera", która dotarła do nas w czasie pracy nad warsztatem. Zobaczyliśmy, gdzie jest Kraków (miasto, z którego pochodzi bohater naszego dzisiejszego warsztatu), a gdzie Warszawa. Dowiedzieliśmy się, że kiedyś Polski nie było na mapie, że była pod zaborami. Spędziliśmy pochyleni nad nią sporo czasu.


 
Wycieczka do Muzeum Narodowego Byliśmy w Muzeum Narodowym w Warszawie w celu kontemplowania prac Wyspiańskiego. Przez muzeum przeszliśmy, jak burza. Obrazy Wyspiańskiego - poza autoportretem - pozostały w zasadzie niezauważone. Co innego Matejko. Okazuje się, że Bitwa pod Grunwaldem dla chłopaka, to jest coś! No więc kontemplowaliśmy, jak Polacy odnieśli zwycięstwo nad Krzyżakami. A że dzisiejszy wpis ma dotyczyć kraju ojczystego, a że Matejko nauczycielem Wyspiańskiego był, a w bitwie walczył Zawisza Czarny - Rycerz z dramatu, to aż tak bardzo nie zboczyliśmy z tematu. Obok wisiał Stańczyk (kropka w kropkę, jak ten na zdjęciu z krakowskiego przedstawienia z 1901 roku).

Zrobiliśmy witraże. Miała to być Bitwa pod Grunwaldem. Zabarwiliśmy wodę w miseczkach kolorową bibułą. Za pomocą pipety Titi nanosił kolorową wodę na tkaninę. 







Poniżej zawieszone w oknie kuchennym.





Do zabawy ruchowej zainspirował nas Chochoły. Najpierw wyjaśniliśmy, co to takiego. A potem staramy się tak powyginać nasze ciała, jak chochoły na obrazie. 

 
Źródło


Oglądaliśmy dostępne w internecie zdjęcia zielnika Wyspiańskiego i Titiemu bardzo się spodobały. Pomysł był, abyśmy zrobili własny, ale się nie przebił. Przynosiliśmy z parku różne okazy, ale zazwyczaj pojawiała się wtedy na horyzoncie bajka do oglądania... Pomyślałam sobie, że czasem mniej znaczy więcej, co nie znaczy, że z tematu rezygnujemy, pewnie pojawi się już poza DNW. 


Fragment Wesela, który użyliśmy w zabawie:
Słuchać, słuchać, co to być ma?

Ma być słychać tętent, pęd.

Tętent konia.
              
    Kto przyjedzie?

Nie tu, ale na gościniec
wjedzie stary lirnik siwy.

Wjedzie stary Wernychora!?!

I przeżegna lirą niwy - 
wtedy trzeba się pokłonić,
potem siąść na koń.
                    
                I gonić!

Nie wiem - potem co - tajemno -
potem świt...

                   Jeszcze mrok, ciemno.
Jeszcze świt daleki, z dala
łuna zorna się zapala,
świt...

(...)

Słuchać!

           Słuchać!
                      
                      Słuchać -
                             
                                   Cóż...?

Jakiś pęd, ile mój słuch -
szedł lecz wplątał się w sad grusz;
drzewa go więżą.

                      Brzęk much,
nad malw badyle suche
brzęczy przedranny szum.


(...)


                           Bracie Duch!

Natężać, natężać słuch.

Rany Boskie, słyszę! 

                           Kaj?

Hań, daleko, słyszę.

                           Gdzie?!

Spadły liście suche z drzew.

Ustał przecie wiatru wiew.

Zerwały się wrony dwie 
ze sadu.

          Z ogrodu w sad.

Zajść do pola!

                  Cicho!

                         Cyt!

Może i słychać co - ?

                            Świt!

Słychać, słychać...

                          Wielki Duch!
Wytężać, wytężać słuch.
Słychać.

          Cicho!

                 Pędzi ktoś.

Zosiu, Zosiu, Boga proś,
jedzie!

         Tętni!

                 Jedzie!

                          Goni!

Będzie ze sta, do sta koni.

Tętni.
       
       Jedzie.
  
               Dudni.

                       Pędzi.

Cicho - świta, świta, zorze!
Prawie widno - to On - Boże!
On, On - cicho - Wernychora. - 
W pokłon głowy, prawda żywa,
Widmo, Duch, Mara prawdziwa.

Świtanie na lutniach gędzi...

Tętni.

       Jedzie.

                Tętni.

                     - Pędzi.

(...).

Wpis powstał w ramach projektu Dziecko na warsztat II edycja.  


KLIK
Sprawdźcie, jakie wybitne osoby poznawały rodziny biorące udział w projekcie.

czwartek, 16 października 2014

Kołysanka - utulanka

Czasem jest taki wieczór: zmęczenie, oczy marzą, aby się zamknąć, spięcie w barkach, a dzieciaki jeszcze nie śpią. Bajka przeczytana, kołysanka odśpiewana, i nic... Wtedy dobrze się położyć i posłuchać, co szepcze poduszka do naszego uszka, czyli bajka usypianka wymyślona na potrzeby chwili.

W pewnym aksamitnym, zielonym kraju było aksamitne, zielone miasto.
A w tym aksamitnym, zielonym mieście, był aksamitny, zielony dom.
A w tym aksamitnym, zielonym domu, był aksamitny, zielony pokój.
A w tym aksamitnym, zielonym pokoju, było aksamitne, zielone łóżko.
A w tym aksamitnym, zielonym łóżku, leżał chłopiec.
Chłopiec nie był ani aksamitny, ani zielony.
Chłopiec był z krwi i kości. Głowę wtulił w błękitną poduszę w złote gwiazdy i srebrny księżyc. Przykryty był puchatą, błękitną kołdrą w złociste gwiazdy i srebrzysty księżyc. 

Chłopiec wyobraził sobie, że leży na miękkiej, zielonej trawie, a nad nim wysoko na czarnym niebie błyszczą gwiazdy. Obok skrzył się księżyc. Chłopiec zobaczył machającego doń Księżycoluda i też mu pomachał. Księżycolud rzucił maleńkie, złociste pudełeczko. Chłopczyk obserwował, jak spada ono powoli po czarnym, aksamitnym niebie. Paczuszka wylądowała obok niego. Rozwiązał kokardkę i otworzył wieczko. A w złocistym pudełeczku był...

plusk wody - plusk, plusk;
szum lasu - szszsz...;
cykanie świerszczy - cyk, cyk, cyk, cyk;
pohukiwanie sowy - hu hu hu hu;
siusianie na liście - śśśśśśś;
spadające na liście krople deszczu - kap, kap, kap;
wycie wilków w oddali - auuu, auuu;
skrzypienie otwieranych drzwi chatki Baby Jagi - [rodzaj cichego, aksamitnego skrzeku wydaje z siebie opowiadający w tym momencie];
dzwonienie kwiatowych dzwonków - dzyń, dzyń, dzyń;
śpiew ptaków - ćwir, ćwir, tirli, tirli.

Chłopiec bardzo się ucieszył z podarku. Nabrał powietrza i chuuuuuuu... dmuchnął do pudełeczka. Zamknął je. Przewiązał wstążką. Zamachnął się. I rzucił. Prezent poleciał bardzo wysoko aż do księżyca i wtedy Księżycolud go złapał. Odwiązał wstążkę. Otworzył wieczko. Chuuuu... cmok. Wyleciał całus od chłopca i wylądował na policzku Księżycoluda. Księżycolud pomachał do chłopca. Wiatr cichutko grał na liściach.

Chłopiec przykryty był puszystą, błękitną pierzyną w złociste gwiazdy i srebrzysty księżyc, a policzek przytulił do błękitnej poduszki w złote gwiazdki księżyc - rogalik. 
Chłopiec z krwi i kości spał w aksamitnym, zielonym łóżku. 
A to aksamitne, zielone łóżko, było w aksamitnym, zielonym pokoju.
A ten aksamitny, zielony pokój, był w aksamitnym, zielonym domu.
A ten aksamitny, zielony dom, był w aksamitnym, zielonym mieście.
A to aksamitne, zielone miasto, było w aksamitnym zielonym kraju. 
A ten aksamitny, zielony kraj, jest na okrągłej, błękitnej planecie.
A ta okrągła, błękitna planeta krąży sobie wokół słońca, a wokół niej krąży sobie księżyc.
I krążą tak sobie w czarnym, aksamitnym kosmosie.

Opowiadając ważne, aby mieć ciepły, cichy, aksamitny głos. Wszystkie odgłosy dźwiękonaśladowcze mają na celu ululanie dziecka, wyśpiewujemy je niczym kołysankę. Mamy też element humorystyczny (u nas siuśki budzą wiele radości). Powtórzenia z jednej strony budują napięcie, z drugiej poprzez sposób w jaki je wypowiadamy kołyszą do snu. Dobranoc.

środa, 16 kwietnia 2014

Australia - W 7 bajek dookoła świata



U podnóża góry Uluru jest jaskinia. Spotykają się tam ludzie, aby słuchać opowieści. Palą wtedy ognisko. Dawno, dawno temu, kiedy wszystkie stworzenia były braćmi i siostrami, dwóch chłopców Mala (Kangur) oraz Liru (Wąż) bawili się gliną. - Ulepmy zamek - zawołał Mala. Zaczęli zbierać błotnistą ziemię na kupkę. Liru zagarnął swoim ogonem trochę ziemi i ulepił z niej kulkę. Fuuuuuuuch! Bach! Trafił Malego w ucho. Kangur zakrzyknął - A masz! - i rzucił glinianą kulką prosto w wężowy ogon. Obaj pękali ze śmiechu. Zabawa okazała się bardzo  przyjemna. Zmęczeni i roześmiani chłopcy leżeli w błocie, cali brudni. - Chodźmy się umyć - zaproponował Liru. Ruszyli w kierunku wody, pozostawiając za sobą bezkształtny kopczyk z gliny - niedokończony zamek.

Nieopodal bawiła się Kandju, mała, czerwona jaszczurka. Trzymała w łapkach bumerang. Sprawdzała, jak daleko poleci. Zrobiła zamach i ... czukczukczukczuk. Bumerang wzbił się do góry i spadł prawie pod nogami Kandju. Jaszczurka podniosła go  i powtórnie zrobiła zamach. Czuczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczuk!  Bumerang poleciał bardzo daleko aż Kandju prawie straciła go z oczu, po czym wrócił i chaps! Kandju złapała go w łapki. Rzuciła bumerang ponownie. Czukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczukczuk! Bumerang poszybował daleko, daleko zawrócił i wpadł prosto w gliniany kopczyk usypany przez Malego i Liru. Kandju popędziła w tamtą stronę, ale bumerangu nigdzie nie było widać. Zmartwiła się bardzo! - Gdzie mój bumerang? Czy Ty też się martwisz, kiedy zginie Twoja ulubiona zabawka? Jak myślisz, co Kandju powinna teraz zrobić, żeby znaleźć bumerang? (miejsce na pomysły dziecka) Pomożesz jej przekopać kopiec? 

Łapka prawa, łapka lewa
kop, kop, kop.
Wyrzuć ziemię
w lewo, w prawo
kop, kop, kop.
I bumerang odnajdź hop!

Wykopała już wielką dziurę i.. nic. Pobiegła w inne miejsce.

Łapka prawa...

Poczuła pod łapkami coś drewnianego. Ucieszyła  się, że znalazła swój bumerang. Lecz kiedy wyciągnęła go z ziemi okazało się, że to tylko kawałek korzenia. Spróbowała dalej w innym miejscu.

Łapka prawa...

Tak udało nam się. Kandju  znalazła swój bumerang! Hura! W miejscu, gdzie szukała bumerangu do dziś widać szczeliny na górze Uluru.
 
Tłem dla naszej opowieści była znaleziona w internecie muzyka aborygeńska. Poznajemy didgeridoo - tradycyjny aborygeński instrument.
Nie udało mi się dotrzeć do bajek z rejonu Australii i Oceanii, które by mnie zachwyciły. Niestety w pobliskich bibliotekach pustki. Postanowiłam zatem ułożyć opowieść wykorzystując znalezione informacje na temat wierzeń Aborygenów. Efektem tego jest powyższa bajka, która zakłada interakcje z dzieckiem (np. wspólne skandowanie, kiedy Kandju szuka bumerangu). Założyłam sobie, że wspólnym elementem wszystkich historii prezentowanych w tym cyklu będzie słowo mówione. Dużo czytamy i chciałabym, aby ten projekt zainicjował u nas opowiadanie, które często wymaga dużo większego zaangażowania opowiadającego, ale też otwiera pewne możliwości, jak użycie ciała. Pozwala na dostosowanie historii do potrzeb słuchaczy. Opowiadaliśmy bajkę kilkakrotnie, zdarzało się, że Kandju szukała zguby nawet siedem razy i zamiast bumerangu znajdowała przeróżne rzeczy: kość kangura, kawałek skały... a wszystkiemu towarzyszyła zabawa, bo wszystkie te przedmioty odgrywała noga Titiego, którą ja w roli Kandju z każdym razem wyciągałam z błotnistej góry. Było przy tym dużo śmiechu, jak również przy rzucaniu błotnistymi kulkami, do którego Titi także się zaangażował.

U nas szaleje choroba i niestety nie udało nam się zrealizować wszystkich zamierzonych pomysłów (pewnie pojawią się przy innej okazji). Widzę, że Titiemu trudno się skupić, więc minimum zadaniowo-zabawowe. Pokazaliśmy sobie Australię i Oceanię na globusie i na mapach. Oglądaliśmy zdjęcia zwierząt i roślin występujących na tych terenach. Oglądaliśmy filmy przyrodnicze. Podziwialiśmy malarstwo Aborygenów. I spróbowaliśmy podobnie. Wykorzystaliśmy do tego znalezioną przy okazji jakiegoś spaceru korę, na której za pomocą kropek malowaliśmy zwierzątka (taki był plan). Titiemu jednak nie bardzo odpowiadał kropkowy sposób malowania. Ale dzieło na korze mamy. 




Odrysowałam na tekturze litery, tworząc napis: Australia. Przy okazji powiedzieliśmy sobie, że nazwy piszemy zawsze z dużej litery. No i dość długo wyjaśnialiśmy, że piszemy: "Australia", nie "Ałstralia". Napis pomalowaliśmy.  





I w zasadzie zrobiliśmy tylko tyle. Czując niedosyt, a z drugiej strony nie chcąc naciskać na dziecko, które źle się czuje, wpadłam na pomysł, dość przypadkowo. Pozostaliśmy tematyce malowania za pomocą kropek. Postanowiłam, że zrobimy takie dzieło, które później skonsumujemy (niezbyt zdrowe). Przygotowaliśmy ciasto na batony owsiane, wyłożyłam nim blachę. Następnie wysypałam na talerz, kupione wcześniej, kolorowe draże. To był szał! Titi podzielił je według kolorów, a następnie przystąpił do dzieła. Wykonał jaszczurkę, mnie przypadło ułożenie pytona zielonego, a na koniec powstał samochód emitujący spaliny (akcent współczesnego świata). Dzieło zostało dość szybko skonsumowane ;-).



Za tydzień Azja, a tymczasem zapraszamy do odwiedzenia stron mam biorących udział w projekcie:

 

poniedziałek, 24 marca 2014

dźwięki i kolory

Za inspirację do dzisiejszej zabawy posłużyły dwie książki (jak to dobrze, że istnieją biblioteki!): Sztuka. Szalenie Zajmujące Twory Utalentowanych i Krnąbrnych Artystów, Sebastian Cichocki, rysunki - Aleksandra i Daniel Mizielińscy oraz Dźwięki kolorów, Jimmy Liao. W pierwszej znajdziecie wybór różnych dzieł sztuki współczesnej, druga zaś przedstawia świat, jaki kreuje w swojej wyobraźni dziewczynka tracąca wzrok.

Nawiązując do naszych zabaw dźwiękowych wybrałam utwór Johna Cage'a 4'33''.
W trakcie słuchania utworu Titi troszkę się niecierpliwił, intrygowało go dlaczego pan nie gra. W końcu nie wytrzymał i powiedział (jakby pan w monitorze mógł go usłyszeć): Halo, Panie dlaczego nie grasz? Potem zapytałam Titiego, co to jest muzyka. Oto, co usłyszałam: instrument, dźwięk wydawany przez łyżkę i kubek, samolot, myszkę od laptopa, książkę, samochodzik, to także wachlowanie, walenie, gwizdanie, szuranie, połykanie, płacz młodszego brata... Podsumowując przeczytaliśmy w książce odpowiedni rozdział i dowiedzieliśmy się, że wszystko, co robimy jest muzyką.
Zaproponowałam synkowi, aby przygotował koncert dla mnie, wykorzystując przedmioty znajdujące się w zasięgu ręki. Oto jaki instrument skonstruował:
 Następnie przeszliśmy do drugiej części naszej zabawy, którą zaczęliśmy od lektury Dźwięki kolorów. Tutaj spotykamy się z sytuacją odwrotną, świat dźwięków konstruuje świat kolorów. Włączyłam Titiemu trzy utwory muzyczne (zależało mi, aby były jak najbardziej zróżnicowane) poprosiłam, aby narysował to, co słyszy. Początkowo nie wiedział, jak ma się do tego zabrać, ale już po chwili kredki poszły w ruch. Małe rączki z rozmachem kreśliły kreski, kropkowały, zamalowywały powierzchnie. Całe ciało zaangażowane było w tą pracę. Na pierwszy ogień poszedł Marsz turecki Mozarta.

A to ilustracja utworu autorstwa Titiego.


Kolejny utwór to pieśń A kiedy ja wyjdę, zaśpiewam po rosie w wykonaniu Apoloni Nowak ( Muzyka źródeł - pieśń leśna). I komentarz synka w czasie rysowania: Niepotrzebny nam tu zielony, bo nie słyszałem zielonego. Niestety nie mogę załadować filmiku, więc podaję link:  https://www.youtube.com/watch?v=McpWNtTudIc



Ostatni zaproponowany utwór był niespodzianką dla Titiego. Jego aktualnym i pierwszym idolem jest Michael Jackson. Dziecię przebiera się i tańczy w rytm muzyki :-).                                                                                           
                                                                


I ilustracja do niego.





Oczywiście skończyło się tańcami i hulańcami :-)