Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spontaniczna zabawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spontaniczna zabawa. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2014

Czy klaun jest wesoły?/Przygody z książką

Cyrk  kojarzy się ze śmiechem, radością, zabawą, światem beztroskim. Co znajdziemy, kiedy zajrzymy pod powierzchnię? Co ukarz się naszym oczom, gdy rozbierzemy go z kolorowych fatałaszków, muzyki, zabawnych gagów? Czy klaun jest zawsze radosny, kiedy się śmieje?



Cyrkowców Marie Desplechin i Emmanuelle Houdart wydawnictwa Format wypatrzyłam na targach książki i z miejsca się w nich zakochałam. Kupiłam, ale jeszcze przez jakiś czas trzymałam w szafie, bo miał to być prezent imieninowy dla Titiego. Uwielbiam książki dla dzieci i nie lada wyzwaniem było dla mnie odczekanie do wyznaczonej daty. Kiedy nadszedł ten moment z niecierpliwością i dreszczykiem patrzyłam jak synek rozpakowuje prezent. Ten moment zawsze budzi we mnie emocje, jakbym to ja miała zostać obdarowana. Najpierw oczywiście jest część wizualna, Titi obejrzał obrazki, a są po prostu cudowne! poetyckie! Wreszcie przystąpiliśmy do lektury (zazwyczaj zerkam wcześniej do książki, ale ta była zafoliowana). W pierwszej chwili poczułam niepokój, czy aby na pewno mu się podoba, coś mi się zaczęło wydawać, że go trochę nudzi, a może też budzi lęk, bo pierwsza opowieść dotyczyła bliźniaczek syjamskich. I nie myliłam się. Pojawiły się wątpliwości, czy to, aby na pewno książka odpowiednia dla pięciolatka. Opis wesela: (...) suknia zwiędła [zrobiona była z koronki, do której poprzyszywane były żywe kwiaty i płatki]. Wymięte płatki zaczynały odpadać, a przez szparki w koronce można było zobaczyć śliczne ciało mojej małżonki. Potem uświadomiłam sobie, że dzieci nie czytają jeszcze takich podtekstów i że to bardzo subtelny i delikatny opis. Zrobiliśmy też drugie podejście, które okazało się dużo lepsze od poprzedniego.

Czytając książkę przenosimy się w przedziwny świat, poznajemy ludzi, jakich większość z nas nie spotyka w codziennym życiu. Cyrkowcy to istny gabinet osobliwości, znajdziemy w nim siostry syjamskie, Jacka Wielką Głowę, Syrenę - dziewczynę ze zrośniętymi nogami, kobietę z brodą, maleńką kobietę, Kolosa i wiele innych postaci. Każdy rozdział poświęcony jest jednej osobie, pokrótce przedstawiając jej historię i  numer cyrkowy. Spotykamy się z narracją pierwszoosobową, narrator nie jest wszechwiedzący, ale stanowi integralną część prezentowanego przez siebie świata. Na końcu poznajemy także jego tożsamość i historię. Bohaterzy tej książki to w znacznej mierze, ludzie ułomni, posiadający jakąś wadę, która poza światem cyrku, może wywoływać w społeczeństwie śmiech i izolację tych jednostek. Ale cyrkowcy biorą życie za bary i swoje braki przetwarzają w walory. Ich numery mają liczną publiczność i cieszą się wielkim powodzeniem. 







Cyrkowcy mogą stać się punktem wyjścia do rozmowy o inności i tolerancji. Podjęłam taką próbę, choć nie do końca (mam poczucie) udaną. Zapytałam Titiego, czy zna kogoś, kto miałby taką bardzo wielką głowę. Nie.  Pytam zatem dalej, czy jego zdaniem łatwo jest takiemu komuś żyć, czy może inni mogą się z niego śmiać z powodu tej wielkiej głowy. Mogą się śmiać. A czy jak ktoś ma zrośnięte nogi, to łatwo mu się jest poruszać? Iść do sklepu? Nie. Chciałam temat pociągnąć dalej i podsunąć, że bohaterzy książki, choć mięli różne niedoskonałości, wykorzystali je w taki sposób, aby zrobić z tego atut. Ale liście w parku... i można je pozbierać... i dać koleżance z przedszkola... gdzie ja się pcham z moim filozofowaniem. Z drugiej strony jednak myślę, że nawet jeśli to wszystko nie zostało przez nas nazwane, to i tak się odkłada, nie znika. Taka jest też rola opowieści, że nie hasło: możesz przekuć swoje niedoskonałości w atuty!, ale opowiedzenie historii. 

Pomysłów na warsztat było kilka, ostatecznie zwyciężyła zabawa spontaniczna. Wymyślona na przystanku, między myślą o przygotowywaniu kolacji, a rozmową z Titim, jak było w przedszkolu. 

I. Najpierw naśladowaliśmy postacie z książki. Użyliśmy w tym celu to, co akurat było pod ręką.
1. Jack Wielka Głowa - potrzebne wielkie pudło (u nas po pieluchach). Zakładamy na głowę. Kupa śmiechu!
2. Syrena - rajstopy. Obwiązujemy sobie stopy i sprawdzamy, jak możemy się poruszać. Okazało się, że podskoki ze związanymi nogami są całkiem zabawne, można też urządzić wyścig. Ścigaliśmy się, ja dodatkowo z małym na rękach, co mu się bardzo podobało. Śmiechu było dużo. I ja też miałam z tego frajdę, choć trochę się zmęczyłam. Polecam zabawę w deszczowe dni, kiedy szaleństwa na dworze odpadają, a dzieciaki chodzą po ścianach, bo nie mają jak spożytkować energii.
3. Siostry syjamskie - związujemy sobie nogi razem i próbujemy iść. To już nie jest takie proste, bo trzeba się słuchać nawzajem, więc wracamy do Syren. Pewnie jeszcze zrobimy to ćwiczenie, bo fajne na rytm, kontakt z drugim człowiekiem i słuchanie.
4. Żongler - skarpetki zwinięte w kulkę, choć w książce były maciupkie sukieneczki,ale jak by nie było jedno i drugie stanowi element garderoby. Początkowo ćwiczenie wywoływało frustrację u Titiego - nie udawało mu się złapać skarpetek. Zatrzymaliśmy się. Pokazałam mu, jak powoli podrzucać do góry, nie za wysoko i łapać. Było lepiej, udawało się już złapać. Ćwiczyliśmy przy okazji koordynację oko ręka, ocenianie odległości. Następnie zaproponowałam, że będziemy rzucać do siebie nawzajem. Dodałam kolejny element, który zrodził się bardzo organicznie (żonglerka emocjonalna). Rzucając do partnera mówimy jakąś emocję, albo uczucie i osoba, która złapie skarpetki, pokazuje. Dzięki temu utrwalamy sobie ich nazwy, wyrabiamy organiczność (zadanie polega na natychmiastowej reakcji - nie może być ona z poziomu umysłu, ale ciała). Titi szybko zaczął dodawać czynności, pojawiły się też żywioły i w końcowym etapie wszystko, co przychodziło nam do głowy. Titiemu najbardziej podobało się zadanie: Nie myłem się i śmierdzę! Powtarzaliśmy je kilkakrotnie, na zmianę. 


II. Wycieczka do cyrku. 
Skoro już tyle o tych cyrkowcach przeczytaliśmy warto by było zobaczyć jakiś spektakl na żywo. Niedaleko nas na błoniach Stadionu Narodowego rozbił swój namiot Cirque du Soleil. Bilety drogie masakrycznie, ale słysząc zachwyty znajomych nad ich show, wybraliśmy się. I warto było! 
Zasiedliśmy w fotelach, a przed naszymi oczami rozegrało się istne show barw, akrobacji, klaunady. Całość spięta klamrą: klaun puszczający latawiec. Dostaje on przesyłkę, w której jest pudło, a w nim kukiełka pajacyka... I wtedy wszystko się zaczyna. Pajacyk okazuje się być  triksterem, alter ego bohatera (o czym świadczyłyby kostiumy, pierwszy ma workowaty strój w poziome paski, drugi - garnitur szyty na miarę w paski pionowe, w tej samej kolorystyce), który wyczarowuje przed nim magiczny świat, pełen dziwów i cudowności. Emocje są pobudzane przez cały spektakl, śmiejemy się prawie bez przerwy, ja tylko czasem boję się, czy ktoś nie zleci, wiele akrobacji wykonywanych jest bez zabezpieczenia. Ale w finale łezka wzruszenia zakręciła mi się w oku. Dla mnie mistrzostwo świata. Po całości na najwyższych obrotach, wyhamowanie, gest sympatii, czułość, wzruszenie, radość taka spokojna, wyciszona, uwewnętrzniona (nie śmiech rubaszny).
Całość trwała dość długo, około dwóch i pół godziny, w tym z półgodzinną przerwą, ale Titi był tak pochłonięty tym, co dzieje się na scenie, że nie odczuwał znużenia. Zachwyceni byliśmy oboje. I jest to dla mnie jeden z najistotniejszych wyznaczników. Artyści w pełni profesjonalni, przedstawienie dopracowane w najdrobniejszym szczególe. Ich ciała podobnie, jak cyrkowców z książki były niecodzienne, ale na innej płaszczyźnie. O ile tam w dużej mierze mięliśmy do czynienia z brakiem, anomalią, tak tutaj spotykamy się z pozacodziennym wytrenowaniem.  Titiemu najbardziej utkwił w pamięci sikający pies (aktor w kostiumie psa, w tym cyrku nie ma zwierząt, co dla mnie też jest ważne). 

Po wizycie w cyrku Titi wykonał portrety artystów, którzy najbardziej utkwili mu w pamięci. 




Poniżej Cyrkowcy w obiektywie synka.



Dzisiejszy wpis powstał w ramach zabawy 
 
KLIK 
Aby zobaczyć, co przygotowały inne rodzinki, wystarczy jeden KLIK. A my zapraszamy już za dwa tygodnie 29 października.

środa, 17 września 2014

Zmysły i labirynty wyobraźni

Przedłużyliśmy sobie wakacje, dodatkowe dwa tygodnie obcowania z naturą przed powrotem do dużego miasta, przed obowiązkami już przygotowania do pierwszej klasy. Słońce uraczyło nas swymi wrześniowymi promieniami, choć już nie tak upalnymi, jak latem. Wybraliśmy się na poszukiwanie skarbów. Dla starszego zabawa poruszająca wyobraźnię, bo oto żołędzie, szyszki, kamyki i inne znaleziska przemieniają się w drogocenne klejnoty, dla młodszego (9,5 miesiąca) prawdziwa uczta sensoryczna, dotyk, smak (bo wszystko w buzi lądowało), zapach, wzrok, słuch. Koncentracja sięgnęła zenitu. 


 Pod czujnym okiem nie ma obawy, że dziecko się zadławi, a ćwiczenie małej motoryki i koncentracji - bezcenne! 



Jak sobie poradzić z dużym gabarytem, który nie mieści się w dłoni?
Kiedy już uzbieraliśmy pełen koszyk i inwencja w swobodnej zabawie się wyczerpała, zaproponowałam zadanie/zabawę. Na białej kartce papieru ułożyłam kilka naszych znalezisk i poprosiłam Titiego, aby coś do tego dorysował. Fascynują mnie książki Iwony Chmielewskiej i to one zainspirowały mnie do tego działania. O książkach będzie więcej, ale o tym później. Oto, co powstało.
Titi narysował Labirynt Arktyczny z przeszkodami, które trzeba ominąć, a jak ktoś na nie stanie, to będzie troszeczkę zachory, zanim karetka przyjedzie, to będzie zdrowy. 
 
 Na powyższym zdjęciu widać jaskinię ośmiornicy, w której jest ogień i ogień pod wodą.
Tutaj widzimy skałę, na której można odpocząć. 

Wyobraźnia tak się rozbujała, że synek poprosił, bym mu ułożyła jeszcze jedną planszę. I tak powstał Labirynt Wysp Bisikuf.
Tym razem oprócz narysowania trasy kredką, zrobiliśmy jeszcze wodospad z plasteliny i plastelinowe ludziki, które szybko zyskały miano Jasia i Małgosi. No a skoro Jaś i Małgosia, to nie może zabraknąć przecież przeokrutnej Baby Jagi na miotle. 


W naszej wersji tej popularnej baśni, najbardziej poturbowana okazała się Baba Jaga, którą (jak widać na powyższej fotografii) wciąż masakrował waleczny Jaś. W chwilach, kiedy czarownica nie była przygniatana ani nikt nie urywał jej głowy, bohaterowie opowieści poruszali się po obu labiryntach, gdzie odpoczywali, kąpali się w wodospadzie, czy zjadali lentilki z drzewka przed domem Baby Jagi. 

Zachwyca mnie przekształcanie przez dzieci, różnych zasłyszanych, zobaczonych, doświadczonych treści, manipulowanie nimi, a przez to oswajanie i poznawanie otaczającego świata i odnajdywanie siebie w tym świecie.




sobota, 22 lutego 2014

Brudne dziecko, szczęśliwe dziecko

Znacie to powiedzenie: Brudne dziecko, to szczęśliwe dziecko? U nas dzisiaj pełnia szczęścia. A zaczęło się tak niewinnie. Od ćwiczenia szlaczków. Do drewnianej tacki nasypałam soli i poprosiłam Titiego, aby paluszkiem narysował przygotowane uprzednio przeze mnie wzory szlaczków (inspiracja pedagogiką Montessori). Zadanie bardzo mu się spodobało i ciągle prosił o więcej nowych propozycji. W końcu jednak kopiowanie szlaczków mu się znudziło i przejął inicjatywę w zabawie. Postanowił pokolorować sól. Wylał na tackę żółtą farbkę i poprosił o pędzelki i wodę w słoikach. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, woda ze słoików została wylana do tacek. Spojrzałam na to z lekkim przerażeniem, czy za chwilę nie zacznie przeciekać woda przez szpary w drewnianej (a właściwie sklejkowej) tacce. Ku mojemu zdziwieniu nic takiego się nie stało. Musiałam się za to nieźle powstrzymywać, aby nie przerwać zabawy. Udało się. Twórczość małego ekspresjonisty nabrała rozmachu. W tacce zrobiło się istne bajoro. Kolory wymieszały się tworząc nieciekawą breję. Nic w zasięgu ręki twórcy się nie ostało. W ciapie lądowały kolejno pojemniczki po farbach, pudełka, nie ocalały także rysowane przeze mnie na paskach papieru szlaczki, które umoczone w brei, wyciśnięte i poskręcane utworzyły bukiet. Mały ekspresjonista był w swoim żywiole, radość malująca się na buzi, okrzyki i wybuchy śmiechu warte były sprzątania, którego wcale nie było tak dużo, jak się pierwotnie spodziewałam. Najgorszy jest ten lęk, że się nabrudzi, i uwewnętrznione przekonanie, że wszystko trzeba robić tak, aby zachować czystość wokół siebie. Uczymy się oboje, Titi rozwija swoją kreatywność, uczy się słuchać wewnętrznego impulsu, który tak często jest zabijany, ja konfrontuje się ze swoimi schematami postępowania.






wtorek, 11 lutego 2014

Rycerze, smoki i piraci, czyli rzecz o wyobraźni i bliskości

Dziś była prawdziwa zabawowa uczta. Titi i Mama. Zaczęliśmy od walki (to ostatnio u nas motyw przewodni). Synek przyniósł dla siebie miecz, a dla mnie łuk, który miał pełnić rolę miecza. Walka była zacięta, kiedy któryś z walczących padał na ziemię, drugi go trafiał, a wtedy ten pierwszy zamieniał się w całuśnego i przytulaśnego potwora i łapał tego pierwszego przytulał i całował i nawet łaskotał. Przy którejś przemianie przemieniliśmy się bardzo skutecznie w bohaterów bajki "Jake i piraci z Nibylandii". Mój mały bohater wcielił się w rolę dzielnego Jake'a, mnie przypadła rola Łajbka ( statku Jake'a). Tak więc byłam gadającym, walczącym i w ogóle obdarzonym ludzkimi cechami okrętem. Początkowo Titi siedział na moim grzbiecie niczym jeździec na koniu, lecz z czasem zaczęły mnie boleć kolana, więc zmieniłam pozycję. Siedząc na podłodze z wyprostowanymi nogami, byłam dużo stabilniejszym statkiem. Zabawa odbywała się w duchu teatru ubogiego. Wykorzystaliśmy w niej nasze ciała i różne przedmioty, które w zabawie zostały obdarzone nowymi cechami. Słomki do napojów stały się strzelaczami, pudełko po paście do zębów - lunetą, okrągłe opakowanie po kredkach - także lunetą, rulon kartonu - tubą, słomka - drugą tubą, mięliśmy także linę. A w rozdziawioną paszczę krokodyla Tik Taka wcieliła się lampka stojąca na biurku. A posilaliśmy się, uwaga uwaga galaretką w torebce ;-).



Dziecięca wyobraźnie nie przestaje mnie zachwycać i fascynować. Muszę przyznać, że sama się nieźle bawiłam. Przepis na zabawę bardzo prosty, wystarczy kilka przedmiotów, takich które są najbardziej pod ręką,towarzysz, odrobina radości i cały wór wyobraźni. I nie potrzebne nam statki z Jake'iem, które zalegają na półkach sklepów z zabawkami i straszą cenami. Zabawa oprócz tego, że pobudza wyobraźnię, rozwija kreatywność, buduje więź między jej uczestnikami i daje mnóstwo radości i pozytywnej energii, które rodzą się między tobą, a mną.

sobota, 8 lutego 2014

Zmysłowa uczta na bosaka

Czasem tak bywa, że zabawa się nie klei, że trochę nudno, trochę smutno, a energia siada. Wtedy dobrze zrobić coś troszkę szalonego, spontanicznego, niecodziennego, orzeźwiającego. Tak było dzisiaj. Poszliśmy na górkę pozjeżdżać, wykorzystać śnieg zanim się stopi (bo czy spadnie jeszcze w tym roku - nie wiadomo). No ale ileż można zjeżdżać z górki na pazurki. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł: słońce przygrzewało, śniegu sporo, w niektórych miejscach jeszcze piękny, puchaty i mówię do synka: Chodź, coś zrobimy! Błysk w oku, co też ta Matka wymyśliła! Idzie za mną i pyta i ciągnie za język, a ja milczę. W końcu mówię: Siadaj i zdejmuj buty! Dziecko nie wie, czy Matka oszalała, ale się śmieje i zdejmuje buty, ja zdejmuję swoje. Ale zimne! Brrrr... Radość i śmiech i energia i krew szybciej krąży. Zakładamy skarpety i buty. Po chwili czujemy, jak stopy nagrzewają się, są gorące. Jakaż to uczta dla zmysłów! Temperatura, faktura! Receptory na stopach szaleją! W domu ciepła herbata z imbirem i cynamonem i rumiane policzki i uśmiech i radość i bliskość. 

 

niedziela, 17 listopada 2013

Impresje codzienności: Kuchenne opowieści


Kucharzycie wspólnie z dziećmi? Ja staram się zapraszać Titiego za każdym razem, kiedy wyraża taką chęć. Chociaż przyznam, że są dni, kiedy wolałabym sama naszykować jedzenie, bo mąka się rozsypie, bo będzie dłużej, bo więcej sprzątania..., ale mimo to wychodzę na przeciw ciekawskiemu czterolatkowi i zazwyczaj nie żałuję. To świetna okazja na spędzenie wspólnie czasu, szczególnie gdzieś wszyscy zawieruszymy się w codziennych obowiązkach i trudno nam wygospodarować przestrzeń na wspólną zabawę. A przy tym okazja do przemycenia informacji na temat zdrowego żywienia. Dzieci chłoną otaczający je świat, jak gąbka, nasiąkają tym, co dzieje się w domu. To również możliwość nauki bez organizowania specjalnie zabawy. Ważne jest, by być uważnym i nie przegapić fazy wrażliwej dziecka.

Pieczemy wspólnie już od dawna, to nie tylko nauka o tym, jakie podstawowe składniki są potrzebne do upieczenia ciasta i świadomość, że nie pochodzi ono ze sklepu, ale też bogactwo doświadczeń sensorycznych przy wyrabianiu ciasta rękami, wałkowaniu, zaspokojenie potrzeby przesypywania przy dosypywaniu mąki, przelewania przy dodawaniu wody/oleju/mleka itp. A wszystko jest celowe i na koniec będzie miało łatwo mierzalny efekt w postaci słodkiego smakołyka. Co to za frajda zjeść ciasto przygotowane przez siebie! I poczęstować domowników, czy gości! A jaka duma, kiedy można powiedzieć: Ja wałkowałem! Ja wyrabiałem! Ja układałem owoce! 

Dziś ciasto dyniowe. Najprostszy przepis: wrzuć wszystko razem i wymieszaj składniki i do piekarnika. Wszystko wylądowało tym razem w mikserze. I okazało się, że to też może być bardzo pouczające doświadczenie. Dowiadujemy się, że gdy pokrętło miksera jest na 0, to nie pracuje, na MAX kręci się najszybciej, a na MIN najwolniej. A jakie ciekawe jest obserwowanie, jak poszczególne warstwy składników mieszają się. I jak szybko się kręcą! Obserwacja pędzącego w kółko ciasta przywołała skojarzenia z wyścigami samochodowymi. Masa zamienia się w nawierzchnię toru wyścigowego. Na tor wyjeżdża Zygzak Mcqueen, Pan Król i Marek Marucha. Pan Król wysuwa się na prowadzenie. Ale na ogonie siedzi mu Zygzak Mcqueen. Za nimi Marek Marucha, który uderza w Zgbingua (czasem Titi sam wymyśla imiona bohaterów). Proszę Państwa, emocje sięgają zenitu. Przed nami ostatnie okrążenie. I tak! Zyzgak Mcqueen! Wygrał! Wyścig zakończony, można przelać ciasto do foremki i wstawić do piekarnika.

Nie mogę wyjść z podziwu dla dziecięcej wyobraźni, i już nie takie ważne, że została ona tak zdominowana przez postacie z komercyjnego filmu, postacie, w kształcie których produkuje się nawet makaron. Jestem pod wrażeniem zdolności kojarzenia, dostrzegania podobieństw, tam gdzie często my dorośli ich nie dostrzegamy, dokonywania tak nieoczywistych połączeń!

Przykrywki można użyć także, jako tuby



środa, 6 listopada 2013

Jesienna fregata


Jesienny wieczór, długi, kiedy wcześnie zapada zmrok. Siadamy i łupiemy orzechy przywiezione od prababci. Nie mamy dziadka do orzechów, ale Titi sprawnie posługuje się już moździerzem i nie potrzebuje pomocy w obieraniu. Ciepłe światło rozprasza ciemność wdzierającą się przez okno. Spontanicznie budujemy okręty, niczym łódeczka pana Maluśkiewicza, którą wybrał się w podróż poszukując wieloryba. Maszt robimy z wykałaczek, przymocowujemy go za pomocą plasteliny do skorupki. Na maszcie montujemy żagle z pałętających się po balkonie liści. Orzechy włoskie - dziś uczta nie tylko dla podniebienia, ale także dla małych paluszków, które ćwiczą motorykę.

Produkcja wre. Nie powstydziłaby się jej żadna szanująca się stocznia.
W efekcie mamy kilkanaście łódek. Przed nami wodowanie. Czy fregata przejdzie pomyślnie próbę? O dziwo dziś nie ma najmniejszego problemu z wysłaniem Konstruktora do mycia :) Towarzyszy mu kilkanaście statków własnej produkcji.
Już w czasie spuszczania łajb na wodę szalał sztorm. Fale sięgały czubków masztów. Łódki szły na dno szybko niczym kamienie. Następnie były wyławiane, z zęz usuwano wodę  i ponownie wodowano.
Testowane były wielokrotnie. Zawsze z tym samym skutkiem, no ale morze w tym rejonie takie niespokojne. Po gruntownym sprawdzeniu każdej łajby, Konstruktor przekwalifikował się na Nurka i w okularach pływackich schodził na dno w okolicy, w która pochłonęła tyle fregat.



niedziela, 13 października 2013

Radość - liściasta communitas

Słoneczny, jesienny dzień. Wracaliśmy ze spaceru chyba już trzygodzinnego, ale było tak ciepło, światło różnobarwnie grało na liściach, że w cale do domu nam się wracać nie chciało. Zobaczyliśmy złoty dywan z liści pod drzewami. Zaproponowałam Titiemu rzucanie liśćmi. Nie musiałam długo czekać na reakcję:) Szybko dołączyła do nas dziewczynka. Dzieci rzucały się liśćmi, usypywały z nich górkę, a następnie się w nią rzucały. Lądowały a to pupą, a to brzuchem w miękką stertę. Było tarzanie, przysypywanie się liśćmi, walka na liście. Wszystkiemu towarzyszyła wolna, niczym nieskrępowana radość. Tak wielka, że obejmowała całe ciało, po najdalszy koniuszek włosa, czy paznokcia.  To także uczta dla zmysłów: dotykanie liści, wdychanie ich zapachu, słuchanie szelestu, bliskość ziemi, propriocepcja.
Banalne, proste, spontaniczne. Niby nie ma o czym pisać, no bo to nie zabawa wymyślona, zaplanowana, zorganizowana. Zwyczajnie być sobą, być w działaniu, być działaniem i emocją. Pozornie proste, ale jak rzadko, nam dorosłym zdarza się tego doświadczać. Chcę mojemu dziecku zaszczepić tą otwartość na świat z jaką można dostrzec kupę liści i zatracić się w zabawie, czystej, budującej, napełniającej. Otwartość pozwalającą płynąć na fali zdarzeń i nie analizować, nie oceniać, nie kreować, nie tworzyć, ale najzwyczajniej w świecie być tu i teraz, być z drugim człowiekiem i być samemu dla siebie, działać, być czystym działaniem.Chcę mu podarować niezależność od wszelkich dóbr materialnych, od wdzierającego się z wielkim impetem konsumpcjonizmu, którym - czasem mam wrażenie - oddychamy.
 Rumiane policzki, roześmiane oczy, nowa koleżanka, która nawet nie wiemy, jak miała na imię. Jednorazowe spotkanie, doskonała communitas trwająca tyle, co mrugnięcie powieki. Nie potrzeba imion, lat, dat, miejsca zamieszkania - wystarczy drugi człowiek i zachwycenie się światem.