Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje codzienności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą impresje codzienności. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2014

Kołysanka - utulanka

Czasem jest taki wieczór: zmęczenie, oczy marzą, aby się zamknąć, spięcie w barkach, a dzieciaki jeszcze nie śpią. Bajka przeczytana, kołysanka odśpiewana, i nic... Wtedy dobrze się położyć i posłuchać, co szepcze poduszka do naszego uszka, czyli bajka usypianka wymyślona na potrzeby chwili.

W pewnym aksamitnym, zielonym kraju było aksamitne, zielone miasto.
A w tym aksamitnym, zielonym mieście, był aksamitny, zielony dom.
A w tym aksamitnym, zielonym domu, był aksamitny, zielony pokój.
A w tym aksamitnym, zielonym pokoju, było aksamitne, zielone łóżko.
A w tym aksamitnym, zielonym łóżku, leżał chłopiec.
Chłopiec nie był ani aksamitny, ani zielony.
Chłopiec był z krwi i kości. Głowę wtulił w błękitną poduszę w złote gwiazdy i srebrny księżyc. Przykryty był puchatą, błękitną kołdrą w złociste gwiazdy i srebrzysty księżyc. 

Chłopiec wyobraził sobie, że leży na miękkiej, zielonej trawie, a nad nim wysoko na czarnym niebie błyszczą gwiazdy. Obok skrzył się księżyc. Chłopiec zobaczył machającego doń Księżycoluda i też mu pomachał. Księżycolud rzucił maleńkie, złociste pudełeczko. Chłopczyk obserwował, jak spada ono powoli po czarnym, aksamitnym niebie. Paczuszka wylądowała obok niego. Rozwiązał kokardkę i otworzył wieczko. A w złocistym pudełeczku był...

plusk wody - plusk, plusk;
szum lasu - szszsz...;
cykanie świerszczy - cyk, cyk, cyk, cyk;
pohukiwanie sowy - hu hu hu hu;
siusianie na liście - śśśśśśś;
spadające na liście krople deszczu - kap, kap, kap;
wycie wilków w oddali - auuu, auuu;
skrzypienie otwieranych drzwi chatki Baby Jagi - [rodzaj cichego, aksamitnego skrzeku wydaje z siebie opowiadający w tym momencie];
dzwonienie kwiatowych dzwonków - dzyń, dzyń, dzyń;
śpiew ptaków - ćwir, ćwir, tirli, tirli.

Chłopiec bardzo się ucieszył z podarku. Nabrał powietrza i chuuuuuuu... dmuchnął do pudełeczka. Zamknął je. Przewiązał wstążką. Zamachnął się. I rzucił. Prezent poleciał bardzo wysoko aż do księżyca i wtedy Księżycolud go złapał. Odwiązał wstążkę. Otworzył wieczko. Chuuuu... cmok. Wyleciał całus od chłopca i wylądował na policzku Księżycoluda. Księżycolud pomachał do chłopca. Wiatr cichutko grał na liściach.

Chłopiec przykryty był puszystą, błękitną pierzyną w złociste gwiazdy i srebrzysty księżyc, a policzek przytulił do błękitnej poduszki w złote gwiazdki księżyc - rogalik. 
Chłopiec z krwi i kości spał w aksamitnym, zielonym łóżku. 
A to aksamitne, zielone łóżko, było w aksamitnym, zielonym pokoju.
A ten aksamitny, zielony pokój, był w aksamitnym, zielonym domu.
A ten aksamitny, zielony dom, był w aksamitnym, zielonym mieście.
A to aksamitne, zielone miasto, było w aksamitnym zielonym kraju. 
A ten aksamitny, zielony kraj, jest na okrągłej, błękitnej planecie.
A ta okrągła, błękitna planeta krąży sobie wokół słońca, a wokół niej krąży sobie księżyc.
I krążą tak sobie w czarnym, aksamitnym kosmosie.

Opowiadając ważne, aby mieć ciepły, cichy, aksamitny głos. Wszystkie odgłosy dźwiękonaśladowcze mają na celu ululanie dziecka, wyśpiewujemy je niczym kołysankę. Mamy też element humorystyczny (u nas siuśki budzą wiele radości). Powtórzenia z jednej strony budują napięcie, z drugiej poprzez sposób w jaki je wypowiadamy kołyszą do snu. Dobranoc.

sobota, 8 lutego 2014

Zmysłowa uczta na bosaka

Czasem tak bywa, że zabawa się nie klei, że trochę nudno, trochę smutno, a energia siada. Wtedy dobrze zrobić coś troszkę szalonego, spontanicznego, niecodziennego, orzeźwiającego. Tak było dzisiaj. Poszliśmy na górkę pozjeżdżać, wykorzystać śnieg zanim się stopi (bo czy spadnie jeszcze w tym roku - nie wiadomo). No ale ileż można zjeżdżać z górki na pazurki. I wtedy wpadł mi do głowy pomysł: słońce przygrzewało, śniegu sporo, w niektórych miejscach jeszcze piękny, puchaty i mówię do synka: Chodź, coś zrobimy! Błysk w oku, co też ta Matka wymyśliła! Idzie za mną i pyta i ciągnie za język, a ja milczę. W końcu mówię: Siadaj i zdejmuj buty! Dziecko nie wie, czy Matka oszalała, ale się śmieje i zdejmuje buty, ja zdejmuję swoje. Ale zimne! Brrrr... Radość i śmiech i energia i krew szybciej krąży. Zakładamy skarpety i buty. Po chwili czujemy, jak stopy nagrzewają się, są gorące. Jakaż to uczta dla zmysłów! Temperatura, faktura! Receptory na stopach szaleją! W domu ciepła herbata z imbirem i cynamonem i rumiane policzki i uśmiech i radość i bliskość. 

 

niedziela, 17 listopada 2013

Impresje codzienności: Kuchenne opowieści


Kucharzycie wspólnie z dziećmi? Ja staram się zapraszać Titiego za każdym razem, kiedy wyraża taką chęć. Chociaż przyznam, że są dni, kiedy wolałabym sama naszykować jedzenie, bo mąka się rozsypie, bo będzie dłużej, bo więcej sprzątania..., ale mimo to wychodzę na przeciw ciekawskiemu czterolatkowi i zazwyczaj nie żałuję. To świetna okazja na spędzenie wspólnie czasu, szczególnie gdzieś wszyscy zawieruszymy się w codziennych obowiązkach i trudno nam wygospodarować przestrzeń na wspólną zabawę. A przy tym okazja do przemycenia informacji na temat zdrowego żywienia. Dzieci chłoną otaczający je świat, jak gąbka, nasiąkają tym, co dzieje się w domu. To również możliwość nauki bez organizowania specjalnie zabawy. Ważne jest, by być uważnym i nie przegapić fazy wrażliwej dziecka.

Pieczemy wspólnie już od dawna, to nie tylko nauka o tym, jakie podstawowe składniki są potrzebne do upieczenia ciasta i świadomość, że nie pochodzi ono ze sklepu, ale też bogactwo doświadczeń sensorycznych przy wyrabianiu ciasta rękami, wałkowaniu, zaspokojenie potrzeby przesypywania przy dosypywaniu mąki, przelewania przy dodawaniu wody/oleju/mleka itp. A wszystko jest celowe i na koniec będzie miało łatwo mierzalny efekt w postaci słodkiego smakołyka. Co to za frajda zjeść ciasto przygotowane przez siebie! I poczęstować domowników, czy gości! A jaka duma, kiedy można powiedzieć: Ja wałkowałem! Ja wyrabiałem! Ja układałem owoce! 

Dziś ciasto dyniowe. Najprostszy przepis: wrzuć wszystko razem i wymieszaj składniki i do piekarnika. Wszystko wylądowało tym razem w mikserze. I okazało się, że to też może być bardzo pouczające doświadczenie. Dowiadujemy się, że gdy pokrętło miksera jest na 0, to nie pracuje, na MAX kręci się najszybciej, a na MIN najwolniej. A jakie ciekawe jest obserwowanie, jak poszczególne warstwy składników mieszają się. I jak szybko się kręcą! Obserwacja pędzącego w kółko ciasta przywołała skojarzenia z wyścigami samochodowymi. Masa zamienia się w nawierzchnię toru wyścigowego. Na tor wyjeżdża Zygzak Mcqueen, Pan Król i Marek Marucha. Pan Król wysuwa się na prowadzenie. Ale na ogonie siedzi mu Zygzak Mcqueen. Za nimi Marek Marucha, który uderza w Zgbingua (czasem Titi sam wymyśla imiona bohaterów). Proszę Państwa, emocje sięgają zenitu. Przed nami ostatnie okrążenie. I tak! Zyzgak Mcqueen! Wygrał! Wyścig zakończony, można przelać ciasto do foremki i wstawić do piekarnika.

Nie mogę wyjść z podziwu dla dziecięcej wyobraźni, i już nie takie ważne, że została ona tak zdominowana przez postacie z komercyjnego filmu, postacie, w kształcie których produkuje się nawet makaron. Jestem pod wrażeniem zdolności kojarzenia, dostrzegania podobieństw, tam gdzie często my dorośli ich nie dostrzegamy, dokonywania tak nieoczywistych połączeń!

Przykrywki można użyć także, jako tuby